Izabela Gass

Zygmunt Wasilewski – bibliotekarz w Muzeum Polskim w Rapperswilu

W Archiwum Polskiej Akademii Nauk przechowywana jest spuścizna archiwalna (sygn.127) Zygmunta Wasilewskiego (1865 -1948) pisarza politycznego, dziennikarza, działacza Narodowej Demokracji, a także bibliotekarza w Muzeum Polskim w Rapperswilu w latach 1892 – 1894.

Spuścizna składa się z jednej jednostki archiwalnej, którą stanowią wspomnienia z lat 1865 - 1947 spisane przez Wasilewskiego podczas tragicznej zimy 1939-1940 r. Ten ważny i ciekawy dokument życia z przełomu dwóch wieków liczy 346 pożółkłych kart maszynopisu. Wątków osobistych jest niewiele, gdyż Wasilewskiego absorbowały głównie sprawy polityczne. Wiadomo, że Narodowa Demokracja szansę na odrodzenie się Polski widziała we współpracy z Rosją i tym kwestiom są głównie poświęcone wspomnienia.

Wasilewski po ukończeniu gimnazjum w Kielcach (skąd się datuje jego znajomość ze Stefanem Żeromskim) studiował prawo w Szkole Głównej w Warszawie, na uniwersytetach w Petersburgu i Kijowie. W 1888 r. z dyplomem uniwersyteckim wrócił do Warszawy, gdzie rozpoczął pracę w kancelarii rejenta Szymona Landau’a. Jednocześnie pisał artykuły do „Wisły” i „Głosu”. I to właśnie redaktor naczelny „Wisły” Jan Karłowicz zaprotegował Wasilewskiego swojemu znajomemu Henrykowi Bukowskiemu, wiceprezesowi Rady Zarządzającej Muzeum Polskim w Rapperswilu na stanowisko bibliotekarza w Muzeum. Oferta pracy była bardzo kusząca, gdyż połączona z warunkiem zapoznania się (na koszt Muzeum) z nowoczesnymi bibliotekami w kraju i za granicą: w Krakowie, Lwowie, Poznaniu, Dreźnie, Berlinie, Monachium.

W marcu 1892 r. Zygmunt Wasilewski „stanął w Rapperswilu”, gdzie znalazł się „w wygaszonym ognisku polskiej emigracji, wśród jej pamiątek i tradycyj.„

Zamieszkał na zamku: „do mego mieszkania szło się przez sale muzealne na drugie piętro, gdzie była biblioteka. Jedna ściana należała do wieży, więc gdy biła godzina., to jakby taranem kto bił i w dzwon uderzał. W pracowni z oknem weneckim było biurko i pianino z zegarem i brązowym Diogenesem z ruchomości po Krystynie hr. Ostrowskim, który swe zbiory testamentem Rapperswilowi przekazał. Mury były z głazów, a ponieważ od stuleci nasiąkały dżdżami, zwłaszcza w okresie ostatnim gdy już malownicza był ruiną, więc nie dziwiło mnie, że wkrótce zaczął dokuczać mi reumatyzm.”

W owych latach zbiory Muzeum liczyły już 348 zabytków archeologicznych, 5422 monet, 800 medali, 196 rzeźb, 249 obrazów, 6978 rycin, 1411 rękopisów, 627 map, 3592 skatalogowanych książek, 812 przedmiotów pamiątkowych. Opracowaniem tego ogromnego zasobu miał zająć się bibliotekarz. Jego praca była uciążliwa i żmudna. Do zadań bibliotekarza należało także prowadzenie dziennika , w którym rejestrował każdy dar i nabytek, załatwianie wpływających pism, katalogowanie książek i starodruków, przeprowadzanie kwerend, zajmowanie się buchalterią i sprawozdawczością. Na dodatek praca była mało płatna, a do tego dochodziły utarczki z Włodzimierzem Rużyckim de Rosenwerth, który na zamku pełnił obowiązki palacza, woźnego, konserwatora i oczywiście kustosza, na czym znał się najmniej.

Z chwilą objęcia przez Wasilewskiego posady bibliotekarza biblioteka znajdowała się we wstępnym stadium organizacyjnym. Na jej zasób składały się księgozbiory kilku działaczy emigracyjnych otrzymane w darze lub zakupione przez Muzeum. Wśród książek było wiele druków ulotnych i broszur z czasów Wielkiej Emigracji, w tym dubletów. Książki częściowo zostały już ułożone w szafach według tradycyjnego podziału tematycznego: historia, prawo, geografia, teologia itd., ale wiele z nich znajdowało się w stosach w wieżach zamkowych, na dodatek pomieszanych z archiwaliami. Należało te książki scalić, uporządkować, oddzielić duplikaty, skatalogować. Wasilewski miał zatem pełne ręce roboty. Zabrał się najpierw za porządkowanie druków pism ulotnych, map i czasopism, póżniej za układanie książek według formatów i segregowaniem sztychów, wreszcie rozpoczął sporządzanie katalogów.

Jednak już po kilku miesiącach pracy zdał sobie sprawę, że potrzebny jest mu pomocnik. I tak oto do Rapperswilu trafił Stefan Żeromski. Żeromski w tym czasie był w trudnej sytuacji życiowej: bez pracy , zawodu, studiów, zagrożony gruźlicą. A na dodatek chciał się żenić. Wprawdzie jego pierwsze opublikowane utwory wzbudziły bardzo żywe zainteresowanie, ale przecież nie byłby w stanie utrzymać rodzinny czy leczyć się w Szwajcarii z honorariów autorskich. W tej sytuacji znalezienie pracy w Rapperswilu stało się rozwiązaniem zbawiennym .

Żeromski przybył do Rapperswilu z żoną i pasierbicą w październiku 1892 r. i (…) ”Odtąd pracowaliśmy razem do lata 1894 r., kiedy wróciłem do Warszawy. Dla Żeromskich znalazłem mieszkanie w miasteczku na tejże ulicy wiodącej do wsi Jona. Nie pamiętam nazwiska właściciela, który w tym swoim domu miał na dole okazały sklep ze szkłem i porcelaną. Całymi miesiącami trwało przenoszenie druków ze składów na świeżo ustawione półki drugiego piętra zamku i ustawienie ich formatami”.

W 1893 r. Wasilewski zaczął intensywnie pracować na projektem czwartego tomu Album Muzeum Narodowego w Rapperswilu – księgi pamiątkowej ku uczczeniu 25-lecia istnienia placówki, przypadającej na 1894 r. Był to tez rok stulecia powstania kościuszkowskiego. Dla uczczenia postaci Tadeusza Kościuszki za namową Wasilewskiego i dzięki wsparciu finansowym Bukowskiego powstała monografia o Kościuszce pióra Tadeusza Korzona, która stanowiła główny trzon albumu. Ponadto księga jubileuszowa zawierać miała krótką monografię Rapperswilu pióra T.T. Jeża oraz historię Muzeum autorstwa Zygmunta Wasilewskiego. Owocem wielomiesięcznej pracy Wasilewskiego był obszerny zarys Rzut oka na dzieje Muzeum Narodowego w Raperswilu (1869 – 1893), który wszedł w skład jubileuszowego albumu (t.4) – jako jego cześć pierwsza – oraz wydany został osobno nakładem Muzeum Raperswilskiego w 1894 r.

Równolegle do pisania historii Muzeum Wasilewski zajmował się także sprawami edytorskimi. Album miał obejmować 30 arkuszy, w tym 20 przeznaczono na monografię Kościuszki, 10 na historię Rapperswilu i Muzeum. Sporządził także kosztorys wydania na kwotę 8000 franków. Do zilustrowania albumu Wasilewski próbował namówić Stanisława Witkiewicza, który, niestety, nie skorzystał z zaproszenia; rysunki wykonano w Genewie. W ostateczności Album , który ukazał się w 1894 r. objął 52 arkusze druku, nakład wyniósł 1000 egzemplarzy i kosztował 12 670 fr.

W tym okresie rozpoczęły się pierwsze nieporozumienia z Rużyckim, który poczuł się zagrożony w swojej władzy. Muzeum traktował jako zbiór obrazów, wyrobów ze złota, srebra. Natomiast do książek odnosił się z niechęcią, nie doceniał zupełnie pracy bibliotekarskiej, uważał ją za stratę czasu. Jego działalność wyrządziła wiele szkody zbiorom.

Ponadto Rużycki mając dużo wolnego czasu zajął się fabrykowaniem pamiątek historycznych, którymi wnet zapełnił gabloty muzealne. Nieustanne wzbogacanie Muzeum dziwacznymi wyrobami bądź upiększanie oryginałów według własnych pomysłów kompromitowało placówkę. Ale nie można było nic na to poradzić, gdyż Rużycki cieszył się nieograniczonym zaufaniem prezesa, a zarazem dyrektora Muzeum płk Józefa Gałęzowskiego i sprawował na Zamku władzę nieograniczoną. Oto jak o nim pisze Wasilewski w swoich pamiętnikach: „Strażnikiem skarbów po tym tragicznym odłamie naszych dziejów był istny Quasimodo cywilizacji europejskiej, Włodzimierz Rużycki de Rosenwerth, on też był klucznikiem zamku starożytnego, w którym miałem zamieszkać.(…)Brudny, cudacznie ubrany, w czerwonej konfederatce, zatłuszczonym kożuszku, przydeptanych pantoflach, z fryzurą zbyt rzadko farbowaną, dla rozrywki przychodził do naszej pracowni i opowiadał anegdoty zawsze te same w kółko, często bardzo prostackie. Przy każdej sposobności – na widok jakiejś książki najczęściej – wygadywał niestworzone bajdy o tym, że nauka jest marnością, że nam się pewno wydaje, iż zjedliśmy rozumy ludzkie. Zawsze przy tym powoływał się na swoje doświadczenia. Typowym przykładem, który nam kilkadziesiąt razy opowiadał, był ten – przeciwko astronomem – że on raz u siebie w majątku po burzy widział tęczę, opierającą się jednym końcem o sadzawkę, a drugim o wzgórze, Otóż gdy potem poszedł na owo wzgórze, znalazł kilka ryb żywych przez tęczę przeniesionych. Nie będę opowiadał osobistych tortur, które były dłuższe, bo mieszkałem jakiś czas na zamku i Rużycki mnie żywił.(…) Aby zjeść to, co na patelni upryczył, trzeba było zgarnąć ze stolika będącego jego warsztatem trochę śmiecia, rozepchnąć nogami rupiecie na ziemi i usadowić się na jakiś gratach, z których każdy był kandydatem do zbiorów muzealnych, czekającym Różyckiego pomysłowości. Gospodarz strugał naprzód na patelni wczorajsze resztki sosu, aby broń Boże jej nie myć, na kupkę tych resztek kładł kawałek masła i cebuli, a gdy już zaskwierczało, rzucał krwawe mięso. Do tego dochodziły jeszcze krajane kartofle, niezbyt czysto obrane, ale za to szwajcarskie, bardzo niesmaczne .Był to codzienny nasz obiad, o ile nie gotowało się kości w krupniku, na co specjalny był garnek”.

I jakby tego wszystkiego było mało, Różycki nie potrafił gospodarować powierzonymi mu środkami finansowymi i dokonywał rażących nadużyć.

Na szczęście dla Wasilewskiego były i chwile szczęśliwe: wyjazdy do Zurychu, Wiednia, Lwowa, wycieczki po górach, przejażdżki statkiem „Concordia” po Jeziorze Zuryskim czy wreszcie małżeństwo, które zawarł w tym czasie z córką Jana Karłowicza, Wandą.

W swoich wspomnieniach wraca do tamtych chwil. Opisuje piękno krajobrazu alpejskiego: „Przed wieczorem wychodzę na spacer groblą przez jezioro. Parę kroków do niej, a już ani śladu miasta, cudowna powierzchnia wody, niebiesko-zielona – cisza. Od czasu do czasu przebiega pociąg na moście na grobli, zniknie, a szyny długo dzwonią i grają. Czasami znów statek nadciąga i niepokoi wodę. A za jeziorem łąki i wzgórza: na brzegu trzcina, w której pod zachód słońca pokrzykują dzikie kaczki”.

I wciąż jest pod urokiem miejsca: „Ustronie to (Rapperswil) było najcenniejszym punktem mojej podróży. (…) A sam podwórzec Zamku wart jest podróży [z Polski]. Czworokątny, otoczony ścianami zamku i wież, tonie w zieloności roślin. Kaskady winnych splotów opadają od dachu po krużganku i łączą się z zielenią bzów i akacji. W pośrodku podwórca, pełnego świergotu ptactwa, wznosi się koryncka kolumna, ocieniona skrzydłami orła.”

Zachwyca się kulturą szwajcarską. W listach do Polski opisuje koncert chóru męskiego w kościele ewangelickim w Rapperswilu: ”Przy miłej uliczce między willami i ogródkami stoi kościół ewangelicki. Wewnątrz wysokie ławki, witraże, dwa chóry. U wejścia sprzedają programy. Publiczność zapełniła ławki. Panie wedle przyjętego tutaj zwyczaju brzydkie, skromnie ubrane – po lewej stronie, mężczyźni po prawej. Na hasło dzwonka odzywa się sonata Mendelsohna, potem chór śpiewa na balkonie iyd – wszystko w najlepszym guście, a chóry wyborne. Trudno uwierzyć, że jest to skromne towarzystwo amatorskie w małej mieścinie. Kieruje nimi miejscowy organista. Śpiewacy są to miejscowi rzemieślnicy i kupcy, śpiewaczka solistka (sopran) jest siostrą robotnika malarza, który obecnie pracuje u nas na zamku – nieraz widujemy ją, jak przynosi bratu wino.”

Opisuje także uroczystość, która się odbywała w kwietniu w Zurychu w rocznicę tzw. „Sześciu Dzwonów”, na pamiątkę odsunięcia od władzy arystokracji. Ulicami miasta ciągnęły pochody mieszkańców okolicznych kantonów w strojach ludowych, jechały wozy z kukłami bogaczy w dawnych strojach, które wieczorem spalono nad brzegiem Jeziora Zuryskiego. Jego uwagę zwróciła także wyprawa okolicznych chłopów katolików do St. Gallen, gdzie przebywał biskup. „Na pokładzie [statku płynącego do Rapperswilu] od ludzi było rojno. Z przystanków przybywali nowi, przeważnie chłopi, w czarnych, świątecznych ubraniach, zaganiając przed sobą dziatwę. Dziewczynki miały na głowie białe wianki i skupienie było widać na ich ogorzałych twarzyczkach.(…) Niebawem poczęły śpiewać chórem.„

W tych opisach jest wiele patosu i sentymentalizmu , ale taki był duch epoki.

W końcu Wasilewski zaczął odczuwać znużenie pracą, płacą, a przede wszystkim kłótniami z Rużyckim . Popsuły się także stosunki z prezesem Gałęzowskim, który nie przyjmował krytyki i skarg na Rużyckiego. Przepełnieniem czary wzajemnej niechęci stała się sprawa Ignacego Domagalskiego. Ten dobry znajomy Wasilewskiego przybył do Rapperswilu, wydalony z Galicji na żądanie rosyjskiej policji. Raperswil miał być dla niego czasową przystanią przed wyjazdem do Ameryki. Wasilewski zatrudnił go jako wolontariusza do pomocy w pracach bibliotecznych. Oczywiście nie spodobało się to Rużyckiemu, chorobliwie drażliwemu na punkcie swojej pozycji w Muzeum. Kiedy na zamku pojawił się prezes Gałęzowski Rużycki sprowokował bibliotekarzy do kłótni, która skończyła się wydaleniem Domagalskiego i rezygnacją z pracy Wasilewskiego. 15 maja 1894 r. Wasilewski opuścił Muzeum i udał się do Warszawy, gdzie podjął się reaktywowania „Głosu” zamkniętego przez władze carskie. Jesienią 1895 r. „Głos” w rozszerzonej formie zaczął ponownie wychodzić.

Dwuletni pobyt i praca w Muzeum Raperswilskim przyniosły Wasilewskiemu wielostronne korzyści: poznawcze, literackie, światopoglądowe i rodzinne

Mimo że jego przygoda z Rapperswilem skończyła się w 1894 r., to jeszcze przez długie lata interesował się Muzeum.

W 1911 r. Wasilewski wraz z gronem pisarzy, uczonych, publicystów (m.in. St. Żeromski) wystąpił przeciw Radzie Muzeum, a przede wszystkim przeciw Rużyckiemu z oskarżeniem o dewastację zbiorów. Nic to jednak nie dało, bo Zarząd podporządkowany był prezesowi Gałęzowskiemu, a ten z kolei chorobliwie bronił swojego totumfackiego, który stał się niepodzielnym kierownikiem Muzeum.

Na początku XX w. opinie o Muzeum były mało pochlebne, zwano je tandeciarnią, rupieciarnią, zbiorem falsyfikatów. I trzeba było czasu, żeby to zmienić.