Izabela Gass

SZWAJCARIA OCZAMI POLAKÓW NA PRZEŁOMIE XIX/XX wieku

W XIX wieku, szczególnie w jego II połowie coraz więcej osób przemierzało lądy, morza, oceany w poszukiwaniu egzotycznych wrażeń, w celu uzupełnianie edukacji, dla poratowania zdrowia czy po prostu, ze względów towarzyskich. Jako cel wyprawy wybierano tradycyjnie Włochy, Francję, czy niemieckie lub belgijskie kurorty .

Od lat pięćdziesiątych XIX wieku podróże stały się mniej uciążliwe – pojawiła się przecież kolej, ułatwiająca dotarcie do odległych krajów, pojawiły się przewodniki: niemieckie Baedekery czy francuskie Les Guides Bleus. Kolejnym udogodnieniem były biura podróży – najsłynniejszym z nich to firma Thomasa Cooka, powołana do życia już w 1841 r. Tak więc podróżowanie stało się zajęciem przyjemnym i atrakcyjnym , a czasami nawet komfortowym, jak np. podróż Orient Expressem czy rejs w wytwornej kabinie transatlantyckiego statku.

Atmosferę wojaży sprzed I wojny pomagają nam odtworzyć wspomnienia, pamiętniki, dzienniki, które niejednokrotnie zostały wydane drukiem. Szczególnie w ostatnich latach nastąpiła „moda” na tego typu literaturę.

Wiele z tych wspomnień dotyczy Szwajcarii, do której jeżdżono chętnie z różnych przyczyn: dla piękna kraju, dla edukacji, dla poratowania zdrowia, na emigrację polityczną, rzadziej za pracą.

Oddajmy głos księżnej Matyldzie Sapieżynie zauroczonej widokami Alp Szwajcarskich. Był rok 1896. - „Więc przez Zurich i Lucernę do Interlaken. Zjechaliśmy o późnej godzinie w lejący deszcz. Pamiętam jak dziś, że obudziwszy się o czwartej rano, podeszłam do szeroko rozwartego okna i zobaczyłam lśniącą jak srebro, potężną i kształtną Jungfrau, w obramowaniu ciemnych lasów jodłowych, na tle wypogodzonego rannego nieba. Przecudny to był widok, w tym samym hotelu „Jungfraublick” mieszkali moi rodzice przed może dwudziestu laty i od najmniejszego dziecka pamiętam zachwyty i szkice mojej Matki z tej podróży szwajcarskiej. Odbyliśmy przecudne wycieczki do Lauterbrunnen, Murren, Schynige Platte, Eigergletscher. Pamiątki z tej podróży zachowały się do końca w Siedliskach, kogut z francuskiego fajansu i wielki wazon różowy, zegarek z kukułką, krzesełko z zajączkiem z Murren, dalej koce jedwabne w paski kolorowe, niebieskie, różowe, żółte, włoskiej roboty”.[1]

Księżna powróciła do Szwajcarii w 1905 roku. Zaczytywała się wtedy w książce „Der Konig der Bernina”, której akcja działa się wśród mieszkańców Engadiny. Bardzo pragnęła poznać te tereny, więc wybrała się z przez Chur, Thusis, Via Mala do St. Moritz. „Choć dochodził koniec czerwca było jeszcze bardzo zimno, wegetacja się wcale nie ruszyła, jedynie śliczne crocusy i anemony w świeżej trawie zwiastowały wiosnę.(…)Kryształowe powietrze, niezwykłe oświetlenie, lśniące metalowym blaskiem tafle lodowatej wody jezior, uroczysta samotność i powaga krajobrazu przejmowało do głębi, tym więcej, że nie było turystów ani obcych podróżnych, hotele były puste.” Księżna odbyła także wycieczkę do lodowca Rosegg „ (…)przez dziką dolinę wśród skał i starych , omszałych, wichrem poszarpanych modrzewi i limb, gdzie widzieliśmy mnóstwo kozic i świstaków, potem już pieszo do Tschierwa Hutte, skąd wspaniały widok na Piz Rosegg i Piz Bernina, które się powoli wyłaniały z chmur, by zajaśnieć majestatycznie w różowym blasku pogodnego wieczoru. Niezapomniany, cudowny widok. (…) Poszczególne wioski w Engadinie mają bardzo swoisty typ, domy szerokie, rozsiadłe, o grubych murach i małych oknach, jakby fortece zabezpieczające przeciw , wrogim żywiołom, jedynie ożywione zwisającymi z okien i balkoników kaskadami żółtych i czerwonych gwoździków. Zabrałam sobie doniczkę żółtych gwoździków, ale w Siedliskach zmarniały.” [2]

Widać w owym czasie wyjazdy do Engadiny były modne, skoro kolejna pamiętnikarka, Janina z Puttkamerów Żółtowska, ziemianka z Wileńszczyzny , tak pisze: „Z Monachium pojechałyśmy dalej, statkiem przez jezioro bodeńskie i koleją do Chur. Tam zasnęłam odurzona niezwykłym powietrzem górskim, nad ranem obudziła mnie orkiestra dzwonków, jak gdyby na msze dzwoniono w dziesięciu kościołach, tylko ten hałas wzmagał się, zbliżał i stawał się coraz radośniejszy, podkreślając tym samym dźwięczną kryształowość powietrza. Było to stado krów, które wąską i stromą ulicą wychodziło na pastwisko. W ciągu dnia wspinaliśmy się krętą koleją na wyżyny Engadynu, ciągle w przedziale biegając od okna do okna, aby uchwycić każdy widok na urwiska i przepaście w dole lub spoglądające na nas z góry spiętrzone szczyty. Zatrzymaliśmy się w hotelu Schweicerhof, we wsi St. Moritz, czyli na skłonie wzgórza, a nie w dole przy kąpielach. Hotel był , jasny, ładnie wykończony. Salony, sienie, sale jadalne miały białe sufity, udekorowane ozdobami z gipsu i ściany pokryte politurowaną jasną sosną. Wielkie okna tworzyły rodzaj ścian ze szkła i przez nie oglądało się bez przerwy rozległą panoramę, zielone jezioro w dole, a za nim dwie potężne góry, zarosłe niżej lasem, a tam, gdzie się zaczynały skały, zmieniające co chwila kolory, jak gdyby poprzez granitowe złomy promieniowały odblaski ukrytych w nim skarbów.”[3]

Nie tylko kobiety, z natury wrażliwsze na piękno natury, zachwycały się urodą krajobrazu szwajcarskiego. Ich wrażenia podzielał Antoni Kieniewicz, ziemianin z Polesia, który w 1904 roku wybrał się do Genewy. „Wyjeżdżaliśmy z Berna w dzień pochmurny i zamglony. Z okien wagonu zaledwie widoczne były z obu stron tory, wyłaniające się z mgły, niewielkie wzniesienia przeważnie zalesione co chwila mijaliśmy miasteczka oraz mniejsze bądź większe skupiska budynków, fabryczek poruszanych bądź siłą wodną bądź też prądem elektrycznym. Po około godzinie jazdy pociąg wjechał w długi tunel i o dziwo, przy wylocie z tunelu cud nad cudami! Jesteśmy w słońcu, na prawo ogromna tafla jeziora o ciemnogranatowym kolorze, ozłocona promieniami słońca, z lewej strony winnice, ogrody, za którymi w dali łańcuch wysokich gór, z których wyłania się wysoki, całkiem biały na tle granatowego nieba szczyt Mont Blanc.”[4]

A tak wyglądała Szwajcaria na początku XX wieku we wspomnieniach Heleny z Jaczynowskich Roth, ziemianki z Grodzieńszczyzny :” Do Szwajcarii jeździliśmy kilkakrotnie (…) Więc wszystkie wrażenia ze Szwajcarii łączę w jedno. Lozanna niczym specjalnym w pamięci mi się nie wryła. Są tam, jak i w Genewie, wytwórnie słynnych zegarków. Szwajcarki wyrabiały hafty i koronki, słynne ze swojej piękności. Dużo jest winnic w miejscach nasłonecznionych i na jesieni wspaniale słodkie były winogrona. Korty tenisowe rozsiane były wszędzie. (…) Był to sport elitarny, dostępny zamożniejszym, jak i konna jazda.(…) Dostępne natomiast było pływanie w jeziorach .Kostiumy już skąpsze (ale daleko do bikini), więc nie tak kosztowne. Były pływalnie tylko dla kobiet, inne dla mężczyzn. Czy były wspólne, jakoś nie pamiętam, ale w oczach mam tablice z napisami ”polizei verboten”, czyli policyjnie wzbronione przekraczanie pewnych granic. Łódki z ratownikami i dozorcami pływały przy brzegu po jeziorach, pilnowały porządku i bezpieczeństwa. Kto wypłynął na pełne jezioro i spotykał się z falą po statkach, stawał się narażony na niebezpieczeństwo zachłyśnięcia się wodą. Statki spacerowe przeważnie były z kołami po bokach. Te ze śrubą z tyłu dopiero wchodziły w użycie. Nie było dzikich plaż, a kąpano się tylko w dozwolonych miejscach.(…) Nie widziałam też nigdzie bezmyślnego niszczenia przyrody. Jej piękno szanowano. Uderzało nas także poszanowanie cudzej własności .W niżej położonych gospodarstwach widziałam piękne sady owocowe nieogrodzone nawet kołkami od drogi, gdzie przecież jeżdżono i przepędzano bydło.(…) W miasteczkach i osiedlach istniał zwyczaj, że piekarz, mleczarz i rzeźnik objeżdżali okolicę, zaopatrując mieszkańców w swoje produkty. Przed bramami ogrodów czy drzwiami willi zawieszano na kołeczku koszyczek z pieniędzmi i kartką dla piekarza. Ten, gdy nadjechał i zadośćuczynił prośbie klienta, zawieszał z powrotem koszyczek i dzwonił. W ten sam sposób załatwiano sprawę z mleczarzem, a rzeźnik miał dzwon i anonsował nim o swoim przybyciu, więc albo zostawiał te kotlety w koszyku, lub też klientka zjawiała się przy wozie sama.[5]

A oto opis włoskiej części Szwajcarii, która „ różniła się wyraźnie od Szwajcarii francuskiej i niemieckiej, tak językiem, jak i ubraniem, obyczajem i temperamentem. Nierzadko widziało się obrazki , całkiem jak z Włoch – z osiołkami, bielizną na sznurku, gwarem i gadatliwością tubylców. Tylko nędzy nie było widać, jak na terenach rdzennie włoskich turyści byli bowiem źródłem zarobków i dobrobytu, a cały tryb życia był ujęty w szwajcarską praworządność. Wszędzie doskonałe drogi, ładne hotele i małe hoteliki, pensjonaty, duże restauracje, małe knajpki i cukierenki . To był właściwie raj dla turystów, dostosowany do każdej kieszeni i poziomu.”[6]

Podobne uwagi ma Antoni Kieniewicz, który wspomina:

„Co do Berna, miasta stołecznego Szwajcarii, to byłem zbudowany porządkiem, czystością, ulic oraz grzecznością ludności. W jednym tylko punkcie miasta widziałem stojącego na środku jezdni policjanta w czapce mundurowej, kierującego ruchem różno rodnych wehikułów(…) Wojska absolutnie się nie widzi. A jaka ludność uczciwa. Kradzież w tym kraju jest nie do pomyślenia. Ruch pieszy w mieście duży, załatwiają transakcje lub inne swoje sprawy. Poza tym sporo przyjezdnych turystów. W centrum miasta na obszernym placu otoczonym ze wszystkich stron kamienicami mieści się rynek, na którym można nabyć wszystko, co miejscowemu człowiekowi potrzeba, z przewagą produktów żywnościowych .Ogromne koła młyńskie wybornych serów szwajcarskich, wyroby cukiernicze, najlepsza na świecie czekolada, gorące kasztany, parówki i wiele innych smakowitości. Punktualnie o godzinie dwunastej zegar z wieży głównego tumu wybija godzinę. Wówczas miasto zamiera. Godzina przerwy na drugie śniadanie. Cały personel z głównego rynku również wyruszył do swoich mieszkań, pozostawiwszy bez żadnej opieki stragany z przeróżnym towarem, na niektórych można było zobaczyć kasetki z pieniędzmi. Pośrodku zaś rynku roje dzieci w przerwie między lekcjami.(…)Nie zdarzyło mi się zobaczyć, by dzieciak palcem dotknął ciastka lub zabawki, przed którą oczęta wypadały mu z zachwytu. Szczęśliwy kraj! Szczęśliwi ludzie! Na katolików ludność spogląda niemiłym okiem. W Bernie był jeden kościół katolicki, jednak stale zamknięty. Przy kościele paru księży, na ulicy ubranych po cywilnemu. Msze święte codziennie się odprawiały w dolnym kościele przy drzwiach zamkniętych. Turystów wszelkiej narodowości, z przewagą jednak Anglików, ilość stale była liczna.”[7]

Helena Roth ponownie do Szwajcarii wybrała się w podróż poślubną w 1913 r. Pobyt w Szwajcarii był też okazją do załatwienia spraw handlowych – zakupu zarodowych sztuk bydła rasy szwyc, których hodowlę , znaną w całym Cesarstwie Rosyjskim prowadził jej teść. Dostawcą bydła zarodowego był szwajcarski rolnik Burgi Gretener, mieszkający na stoku Rigi.. Do jego gospodarstwa małżonkowie dostali się kolejka zębatą. „Po drodze podziwiamy piękne widoki, wspaniałe aromatyczne łąki, właśnie koszone kosiczkami i pełne zapachu świeżego siana. Na jakiejś stacyjce wysiadamy, kolejka pnie się wyżej. Paręset kroków i jesteśmy na miejscu.” [8] Jakież było ich zdziwienie, gdy okazało się , ze dom ich dostawcy – jakby nie było chłopa – liczył 10 pokoi z salonem, z miękkimi meblami , biblioteką i fortepianem. A sama obora „zelektryfikowana, skanalizowana, W jednej jej części stoi 6 – 8 byczków jedno i dwuletnich, tak wyczyszczonych, że aż lśniących, migdałowego koloru z białą pręgą przez grzbiet.”[9]

Podobne odczucie miał Jerzy Odrowąż-Pieniążek, który w swoich wspomnieniach z początku XX wieku pisał :”Kiedyś będąc na dużej fermie chłopskiej rolniczo-hodowlanej, zauważyłem wodę płynącą z otwartego kranu do długiego koryta wodopoju dla bydła na podwórzu – wtedy stanął mi w pamięci obraz studni na folwarcznym gumnie w Tomaszowicach, gdzie przy głębokiej obudowie tejże stał żuraw.(…)Jakże prymitywne wydały mi się teraz nasze zabudowania gospodarcze, kryte słomą (…), kopcące lampy naftowe. Tu [w Zurychu] była bieżąca woda i centralne ogrzewanie, w samym mieście tramwaj elektryczny – słowem świat zupełnie inny, niż ten w którym wrosłem.”[10]

Niestety, porównania standardu cywilizacyjnego wypadały zawsze na niekorzyść Polski. Takimi refleksjami dzieli się z nami Józef Mineyko, ziemianin z Wileńszczyzny, który będąc w 1899 r. w Bernie spotkał chłopa szwajcarskiego „w góralskim stroju, z fają nierozłączną w zębach”, szukającego muzeum „bo jeszcze nigdy w nim nie był, więc chciałby je zwiedzić. Mieszka gdzieś na wsi i przyszedł piechotą. Zaimponowało to nam, że taki prosty, stary chłop przychodzi z głuchej wsi, , aby zwiedzić muzeum. Porównaliśmy go z naszym chłopem. A cóż to za różnica! Nasz chłop nie tylko stary, ale i młody przeważnie ani czytać, ani pisać nie umiał. Wśród ludu panowała kompletna ciemnota."[11]

Ze Szwajcarią związany był także wybitny Polski malarz Julian Fałat. W swoim pamiętniku tak pisze: „W cudnej i drogiej mi Szwajcarii, która najbardziej zaważyła nad moja całą karierą techniczną i malarską, a nawet nad całym moim życiem, wędrując teraz po raz pierwszy różnymi ścieżkami przez góry, przez malownicze wioski, przez śliczne ogrody pełne owoców, przez pola winogronowe – rysuję i maluję wszystko…”[12] Pływa po „prześlicznym” jeziorze Zurychskim, robi wycieczki w góry i dziwi się wszystkiemu: kształceniem dzieci do 17 lat (w zamożnej gminie Hottingen na przedmieściach Zurychu), wycieczkom dzieci z nauczycielami po górach, ćwiczeniom gimnastycznym.

Do Szwajcarii jeżdżono na studia. Na początku XX wieku w Szwajcarii studiowało ponad 600 osób z Polski. Niezwykłą popularnością cieszyła się wśród Polaków Politechnika w Zurychu . „Były lata, kiedy w samym Zurychu studiowało powyżej sto osób” – wspomina Bolesław Miklaszewski, w odrodzonej Polsce rektor Szkoły Głównej Handlowej, minister Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, senator RP .[13] Kogóż tam nie było! Ignacy Mościcki, Wiktor Lampe, Stanisław Weil, Józef Wedel – syn właściciela fabryki czekolady w Warszawie, Tadeusz Miłobędzki –to chemicy, studenci i pracownicy naukowi szwajcarskich uczelni, Józef Wierusz-Kowalski, Jan Modzelewski - fizycy, Julian Marchlewski, Stanisław Grabski, Feliks Perl – ekonomiści. Oprócz studentów przyjeżdżali do Szwajcarii na stałe bądź na krótko członkowie emigracyjnych stronnictw politycznych. Szwajcaria to pierwszy kraj w Europie, który od 1864 r. otworzył uniwersytety dla kobiet. „Koleżanki początkowo mało jeździły do Zurychu. W roku 1892 było ich parę zaledwie. Genewa była punktem atrakcyjnym dla niewiast przez długie lata, i gdy kto z kolegów myślał o żeniaczce, mówiono, że wybiera się na dokończenie studiów do Genewy (…) W roku 1894 nastąpił napływ koleżanek, nawet z Genewy.”[14]

W Kalendarzu na 1913 r. można znaleźć szereg informacji na temat uczelni szwajcarskich: ”Szwajcaria posiada następujące uniwersytety: z językiem wykładowym francuskim; we Fryburgu, Lozannie, Genewie, Neuchatel; z językiem wykładowym niemieckim: Bazylea i Zurych; z wykładami mieszanymi (częścią francuskim, częścią niemieckim); w Bernie i we Fryburgu .Do uniwersytetów tych są przyjmowani są wychowańcy tych szkół polskich, które otrzymały prawo publiczności(…)”[15] Opłata wpisowa i wykładowa na każdej z tych uczelni była inna . Wpisowe wynosiło ok. 20 franków, wykłady po 5 franków za godzinę tygodniowo przez semestr, kasa chorych - 5 franków, czytelnia - 5 franków, kaucja za korzystanie z laboratorium – 50 franków. Do tego dochodziły jeszcze koszty utrzymania: mieszkanie, wyżywienie, ubranie. Studiowanie nie było więc tanie, a mimo to młodzież – nie tylko z zamożnych domów - przyjeżdżała do Szwajcarii .

Jerzy Odrowąż-Pieniążęk w swoich wspomnieniach przedstawił życie studenckie w Zurychu na początku XX wieku. Opisy sal wykładowych, bibliotek, laboratoriów przeplatają się z opisami życia towarzyskiego studentów. ”Życie studenckie w Zurychu było bardzo bujne. Była to istna wieża Babel – narodowości z całej bez wyjątku kuli ziemskiej” Studenci byli zrzeszeni w licznych narodowych lub regionalnych stowarzyszeniach; Polacy w „Polonii”, powołanej do życia w 1909 r. Te międzynarodowe stowarzyszenia były strachem całego Zurychu „Było to bractwo tak ze sobą solidarne, tak złośliwie mściwe, że chyba tylko samobójca mógł mu się świadomie narazić. Bezkarność oraz poczucie własnej siły i solidarności sprawiało, że dopuszczano się wprost niebywałych kawałów, płatanych z takiej lub innej okazji. Policja, władze miejskie, senaty wyższych uczelni stały się bezsilne i chcąc zachować swój autorytet, patrzyły na to wszystko przez palce. Utarło się tylko smętne powiedzonko-przekleństwo: ”Znowu ci przeklęci, zasrani cudzoziemcy”. Jednak poczciwi Szwajcarzy, którym mocno za skórę zalazła ta studenteria, znosili ją jako ”złotodajną szarańczę”- całym zrozumieniem swojego interesu.”[16]

Często wracając wieczorami z piwiarni, studenci wymyślali kawały spokojnie śpiącym mieszczuchom. Przytoczę jeden z nich, moim zdaniem najzabawniejszy, który tak opisuje Jerzy Odrowąż-Pieniążek: ”Pamiętam , że kiedyś wracając na Talackerstrasse zauważyliśmy granitowy brukowiec, leżący w pryzmach, przygotowany do zmiany nawierzchni ulicy. Padł rozkaz do tyłu[studenci szli w pojedynkę wężem mając na czele jakiegoś wytrawnego „kawalarza” zwanego „gąsiorem”]: każdy dwie kostki do garści. W mig cała nawierzchnia długiej ulicy stała się płynna.”[17] Wąż studentów posuwał się powoli, gdy tymczasem pierwsi z nich na czele z „gąsiorem” dotarli już do Prezydium Policji, gdzie znajdował się urząd rzeczy znalezionych. Zaspany policjant widząc tylko „gąsiora” pomyślał, że to – mimo późnej pory - jakiś praworządny obywatel w ważnej sprawie - i nieopacznie otworzył drzwi urzędu. To wystarczyło, żeby za” gąsiorem” wtargnęli inni i zaczęli składać kostkę – jako rzecz znalezioną na ulicy. Niebawem cały gmach był zawalony kostką, z której powstała barykada. Biedny policjant nie był w stanie ani temu zapobiec, ani nikogo zaalarmować. Jemu na pewno nie było do śmiechu.

Inaczej wyglądało życie studenckie oczami Bolesława Miklaszewskiego. Było to życie pracowite , pełne działalności społecznej i politycznej ” (…) a ściśle mówiąc – dyskusji, a nawet swarów politycznych, co miało swój wyraz w istnieniu różnych stowarzyszeń, nieraz bardzo licznych. Czasami walki przybierały dość ostry charakter i gorszyły szwajcarskie otoczenie, a nawet władze. Do tej kategorii zaliczyć należy nieszczęśliwy, a nawet tragiczny wypadek, jaki zdarzył się na Zurychbergu staremu proletariatczykowi Aleksandremu Dębskiemu. W 1889 roku wraz z członkiem Narodowej Woli Dembym Brinsztejnem przygotowywali oni bomby, które po wypróbowaniu miały być przewiezione do Rosji i tam użyte przez tę organizację. Gotowe bomby były wypróbowywane przez obu na Zurychbergu. Próby szły dobrze i wybuchały doskonale. Nie zwracało to jakoś niczyjej uwagi, gdyż w Szwajcarii często używano materiałów wybuchowych do eksploatacji kamieniołomów. Trzeba było nieszczęścia, że jeden nabój nie wybuchał pomimo uderzeń o skałę. Pchnięty jednak przez Brinsztejna nogą potoczył się ku dołowi i wybuchnął, zabijając na miejscu Brinsztejna. Aleksander Dębski ranny, z rozprutą od stopy do pachwiny nogą i wieloma innymi ranami, dowlókł się ku dołowi i tu przez kolegę z politechniki Gabriela Narutowicza został doniesiony i opatrzony w szpitalu. Narutowicz usunął z mieszkania Dębskiego dokumenty i inne dowody kompromitujące. Rosja wystąpiła z ostrą notą przeciwko Szwajcarii, atakując jej prawo azylu. W kantonie zuryskim szefem policji był wtedy pułkownik Fischer, który był wrogo do Polaków i Rosjan usposobiony. Dębskiego leczono w szpitalu bardzo starannie w ciągu półrocza, wyleczono go doskonale, a następnie wydalono ze Szwajcarii, obostrzając znacznie nadzór nad Polonią, z roku na rok powiększając ograniczenia wstępu, początkowo na politechnikę, a potem na uniwersytet.”[18]

W Szwajcarii szukano szkół dla dzieci. Zamożne rodziny wysyłały już 10 – 12 letnich chłopców do szkół z internatem, położonych nieraz daleko od domu. Wspominana tutaj księżna Sapieżyna odbyła podróż po Europie w celu wybrania odpowiedniej szkoły dla swoich dwóch synów. Po zwiedzeniu szkół katolickich w Belgii, Anglii dotarła do Szwajcarii:` „Dalsza podróż przez Bazyleę do Fryburga( …) gdzie oglądamy College Saint Michel, internat, gdzie życie jest proste i twarde, ale nauki i atmosfera dobra, higiena i ruch na ostatni planie, miednice jak małe salaterki! Chłopiec, który by łatwo zniósł współżycie z kolegami stanu chłopskiego, zaniedbanymi zewnętrznie, zahartowałby się i przygotowałby tutaj do życia twardego! Zwiedzamy także College Saint-Jean, księży Marianów, Academie Sainte-Croix sióstr dominikanek dla studentek.(…) Dalsza droga zawiodła nas przez Lucernę do Altdorf i Sarnen, gdzie poznajemy dwa zakłady benedyktyńskie, nie są to już gentelmany, lecz poczciwi ojcowie o dość zaniedbanej powierzchowności, mówiący Schwytzer Deutsch . Przyjmują nas dobrotliwie, nauki i duch zakładu stoją zapewne na wysokości zadania, ale uczniowie, synowie chłopów wyglądają jak najbardziej wulgarnie .W Altdorf jednak typ i urządzenia są bardziej nowoczesne (…)ale położenie geograficzne tych miejscowości, otoczonych niebotycznymi górami, zimą zapewne zasypane głębokim śniegiem, trochę odstrasza!” [19]

W poszukiwaniu pracy i nowego miejsca życia przyjechał do Genewy w 1903 r. wspomniany już Józef Mineyko . Powodem przyjazdu do Szwajcarii było zawarcie małżeństwa z prawosławną Rosjanką, która po kryjomu przeszła na katolicyzm. W carskiej Rosji zmiana wyznania prawosławnego na katolickie była karana. Małżonkowie powrócili na Litwę dopiero po wydaniu przez cara ukazu tolerancyjnego w 1905 r. Dwuletni pobyt w Genewie Mineyko wspominał z sentymentem. Już sam przyjazd dostarczył mnóstwo emocji: (…)”Góry się wznosiły coraz wyżej, pociąg wykonywał korkociągi, spirale, bujał, targał, wpadał raz po raz w tunele, wreszcie na stacji Ariolo przystanął. Konduktorzy kazali zamykać okna, zapalono światło w wagonach i pociąg wpadł do najdłuższego tunelu w Europie- St. Gothard”[20]

A jak wyglądała Genewa na początku XX wieku ? Zimą miasto pustoszało, bo nawet dorożki przenosiły się do Nicei. W mieszkaniu było zimno, gdyż żelazny piecyk grzał tylko wtedy, kiedy w nim palono. Za to wiosną: ” (…) Genewa zaczynała upiększać swoje parki i zieleńce w różnobarwne kwiaty. Wtedy hotele i pensjonaty przygotowywały się do przyjmowania drogocennych gości – Anglików, Amerykanów i całego świata turystów. Aby im umilić pobyt zarząd miejski zapraszał na gościnne występy znakomitych artystów, aktorów, śpiewaków, jednym słowem wszystkie wybitne siły artystyczne Francji i całego świata. Już w kwietniu turyści z Nicei, Monte Carlo, Włoch uciekają przed upałami i zjeżdżają do Genewy. Stad robią wycieczki nad brzegi pięknego Lemanu, stad jedzie się w okoliczne góry, a na wieczór powraca do Genewy na niecodzienne przedstawienia teatralne „[21]

Mineykowie narzekali jedynie na kuchnię – cienkie zupy, króliki i gołębie w winnym sosie, żabie udka i ślimaki. Tęsknili za kuchnią litewską, śmietaną, żytnim chlebem.

W Szwajcarii jako rysownik przy budowie kolei Winterthur – Rapperswil z dziennym wynagrodzeniem 7 franków pracował w latach 70-ch XIX wieku wspomniany już malarz Julian Fałat. „Te dwa lata (…) przy budowie kolei Tosstahlbahn, to jeden z najpiękniejszych epizodów mojego życia (…). Okolica górska – prześliczna, kolej, budująca się na przestrzeni tego jedenastokilometrowego „losu”, liczy trzy tunele, kilkanaście mostów i mostków oraz ogromnych nasypów (…) .Fałat robi wycieczki w góry, zaprzyjaźnia się z pasterzami krów. „Wkrótce to już są moi dobrzy znajomi, u których znajduję zawsze gościnę – mleka, ile tylko mogę wypić i możliwość przespania się nawet pod dachem, pod wspólną pierzyną, napełnioną nie pierzem, lecz suchymi liśćmi. Rysuję i maluję wszystko: krowy, kozy, góry i moich przyjaciół, starszych i młodszych. W następną sobotę po takiej gościnie przynoszę im flaszeczkę „chrysiwasser” czyli „kirchwasser” (wódkę z czereśni), którą piją chętnie, przegryzając „landjagerem”, to jest zasuszoną płaską kiełbasą.”[22] Bardzo dużo maluje akwarelą i rysuje piórkiem robotników kolejowych, pejzaże nieznane nawet dzisiaj z tytułu, portrety „dzieci kilku patrycjuszowskich rodzin w Zurychu”, co przynosi mu zarobek i pewną popularność.

Otwarcie linii kolejowej stanowiło wielką uroczystość , na którą przybyli dygnitarza kantonalni i berneńscy.”Gdy pociągiem, przybranym w zieleń i kwiaty, wjeżdżamy na stację, honoratiores

witają nas przemowami, a „ehrenjungfrauen” ofiarują na pomyślność kielichy napełnione winem. Mnie, znanego od dwóch lat miejscowym mieszkańcom, zapraszają tym gościnniej i serdeczniej – tak że w końcu niezliczone puchary wina zawieruszyły mi trochę głowę. Muszę dodać, że Szwajcarzy lubią wino i przy lada okazji wypijają wiele „literli”.[23]

W szwajcarskich kurortach szukano ratunku przed gruźlicą. Wierzono wtedy w różne bady i uzdrowiska ,w zbawienny wpływ górskiego powietrza, mineralnych źródeł i kąpieli. Spacery, kąpiele, wycieczki powozem urozmaicały pobyt w uzdrowisku.

Wymieniony przeze mnie Kalendarz z 1913 roku poleca szereg kurortów szwajcarskich: Alvaneu-Bad, Arosa, Davos, Lavey-les-Bains, Montreux, Saint-Moritz, Ragatz, Rigi-Kaltbad, Rigi-Klosterli, Vevey. Davos reklamowane jest jako wioska szwajcarska, położona w dolinie 1500 m nad poziomem morza, osłonięta wysokimi górami od północy, wschodu i zachodu. Jest tutaj” (…) czyste powietrze górskie i dużo słońca. Stacya klimatyczna górska, hydroterapia, masaż, kuracya terenowa, mleczna, kefirowa. Kilka sanatoryów dla suchotników, utrzymanie całodzienne w sanatoryum około 10 franków, pokój 1-7 franków dziennie. Sezon trwa cały rok, taksa zdrojowa ¼ franka dziennie. Komunikacja kolejowa przez Wiedeń, Monachium, lub Wiedeń, Innsbruck, Buchs, Landquart, Davos”[24]

W całej Europie znana była klinika chirurgiczna dr Emila Kochera (1841 – 1917), do której jeżdżono po poradę lekarską. Antoni Kieniewicz opisuje operację swojego ojca dokonaną w 1903 r. przez doktora Kochera. Cały zabieg trwał trzy i pól godziny i zakończył się pełnym sukcesem. Z pewnym zdumieniem czyta się opis kliniki, która mieściła się w czterech pokojach hotelowych. Stanowiły one poczekalnię, gabinet przyjęć, pokój opatrunkowy i salę operacyjną. Pacjenci przed i po operacji zajmowali w tymże hotelu pokoje na wyższych piętrach i przez wiele dni byli pod obserwacją lekarza i pielęgniarki. W opisywanej sytuacji choremu towarzyszyła rodzina żona i pięcioro dorosłych dzieci, którzy prze otwarte drzwi obserwowali operację z sąsiedniego pokoju. Cały czas klęcząc, odmawiali półszeptem rozmaite litanie i modlitwy, a potem opiekowali się chorym, aż do momentu, kiedy można go było zabrać do domu na Polesie. Starszy pan żył jeszcze osiem lat.

Helena z Jaczynowskich Roth do Szwajcarii wojażowała także po porady medyczne. Oddajmy jej głos:” W Lucernie (…) leczono mi gardło i nos. Stałe krwotoki z nosa i częste anginy (zapadała także na nie moja mama) wymagały już nie profilaktyki, ale leczenia. Jeździłyśmy z mamą dorożką do malowniczo położonej willi dobrego laryngologa. Te miejsce żylakowate w nosie powypalał mi drutem, przez który przechodził prąd elektryczny, szybko i bez specjalnych przykrości sprawę tę u mnie zlikwidował. Gorzej było z migdałkami, podziurawionymi czopami anginowymi. Ale i te jakimś drutem porozszarpywał, zatoki pootwierał. Bolało, piekło i pachniało smażonym befsztykiem. Po takich zabiegach miałam nakazane połykanie lodów. Ostatecznie można było dać się podsmażyć, zanim dostawało się ulubione pistacjowe lody. Trwało to kilka tygodni, potem było leczenie kąpielami w jeziorze, nacieraniem ciała zimną, słoną wodą, płukaniem gardła. I rzeczywiście¸ kuracja była dobra, bo ani krwotoki, ani anginy nie powtarzały się.”[25]

A jeśli Szwajcaria , to i obowiązkowa wizyta w Rapperswilu. „To było gniazdo niepodległej Polski – Rapperswil - nad jeziorem w uroczym zamku, strzeżone przez zgrzybiałego i zdziecinniałego powstańca Różyckiego de Rosenwerta”[26]

”Byliśmy w Zurychu, po jeziorze pływaliśmy motorówką i zajechaliśmy do Raperswilu [!], do muzeum pamiątek polskich. Ze specjalną czcią przechowywano serce Tadeusza Kościuszki. Wszystkie te zbiory przewiezione zostały po I wojnie do kraju i podobno w powstaniu warszawskim zginęły” – wspomina Helena z Jaczynowskich-Roth.[27]

Jozefa Mineyko Zurych specjalnie nie zachwycił. Za to ‘’… inne wrażenie wynieśliśmy z miasteczka Rapperswil, leżącego nad brzegiem Jeziora Zuryskiego, tam bowiem zwiedziliśmy polskie muzeum przechowujące nasze bezcenne pamiątki historyczne, arrasy, gobeliny, zbroje, dokumenty i inne drogie nam przedmioty, czyli wszystko, co Rosja pragnęła nam odebrać o skonfiskować. Owe więc skarby zostały zebrane i chronione w Polskim Muzeum Narodowym w Rapperswilu, na ziemi szwajcarskiej. Opuściliśmy Rapperswil przejęci do głębi widokiem naszych polskich pamiątek.”[28]

Bolesław Miklaszewski studiując w Zurychu też często bywał w niedalekim Rapperswilu. Miał nawet zostać bibliotekarzem w Muzeum Polskim, ale wyjazd do Ameryki pokrzyżował mu te plany. ”Jeździliśmy dość często do Rapperswilu, aby tych zacnych ludzi [Żeromskich] odwiedzić i ugadywaliśmy się całymi godzinami” – wspominał[29]

Jedynie w pamięci Juliana Fałata niemiło zapisał się kontakt , nie tyle z Rapperswilem, co z hr. Platerem. Julian Fałat w czasie studiów biedował, wiecznie głodny i schorowany, szukał różnych możliwości pomocy czy zarobku. „..Tak dalece pogorszyły się moje finanse, że miałem apelować do Pana hr. Platera. Lecz jakiż skutek tego? Otóż pierwszy raz będąc u niego wyprosiłem na buty i na drogę do Rapperswillu 25 fr., drugą razą chcąc już wyjechać do Monachium dał mi Plater 20 fr. Prawda, ja mu nie powiedziałem, że żądam tyle a tyle, gdyż sądziłem, że on znający moje położenie, będzie mógł sam ocenić ile będzie mi potrzebnym do zaczęcia roboty” Oczywiście 20 fr. nie wystarczyło na podróż do Monachium, a tym bardziej na studia, więc Fałat musiał pozostać w Szwajcarii żyjąc z malarstwa. Rozgoryczony nie czuł się w obowiązku oddać Platerowi owe 45 fr. Co z kolei wściekło Platera, który zażądał w formie spłaty długu 2 obrazków „widok zamku i ogródka”. Tu znów uniósł się honorem Fałat :”(…) to ja wolę zwrócić 45 i uskutecznię to najdalej za 10 dni, bo w tym czasie ukończę dwa portrety, nad którymi obecnie pracuję i będę mieć znowu pieniądze.” – pisał w 1879 r. w liście do Agatona Gillera.[30] Jak się sprawa zakończyła niewiadomo, w każdym bądź razie Fałat namalował akwarelę przedstawiającą zamek w Rapperswilu, znajdującą się obecnie w Muzeum Narodowym w Warszawie. Skąpstwo hr. Platera było wszystkim znane! Dzięki Bogu Fałatowi udało się ukończyć studia w Monachium, bez pomocy pana hrabiego i zostać jednym z najpopularniejszych malarzy polskich.

Z tych wspomnień wyłania się piękny, zamożny, czysty i gościnny kraj, stojący na wyższym poziomie cywilizacyjnym niż Polska. Ludzie tam żyjąc y są uczciwi, gospodarni i praworządni. Jedynie Kieniewicz narzekał:” A jednak spotykałem wśród Szwajcarów niesympatyczne rysy charakteru. Przede wszystkim szorstkość i gburowatość , brak tolerancji religijnej.[31]



[1] Matylda z Windisch-Graetzów Sapieżyna, My i nasze Siedliska. Kraków 2009, s.28 – 29

[2] Matylda z Windisch-Graetzów Sapieżyna, My i nasze…op.cit., s.127

[3] Janina z Puttkamerów – Żółtowska , Inne czasy, inni ludzie .Londyn 1998, s. 126

[4] Antoni Kieniewicz, Nad Prypecią dawno temu. Wspomnienia zamierzchłej przeszłości. Warszawa 1989, s. 286

[5] Helena z Jaczynowskich Roth, Czasy, miejsca, ludzie. Wspomnienia z Kresów Wschodnich. Kraków 2009, s. 173 - 175

[6] Helena z Jaczynowskich Roth, Czasy.. op.cit., s.222

[7]Antoni Kieniewicz, Nad Prypecią. …op.cit., s. 251 - 252

[8] Helena z Jaczynowskich Roth, Czasy…op.cit., s. 222 - 223

[9] Tamże

[10] Jerzy Odrowąż-Pieniążek, Więcej niż świadek. Warszawa 2007, s. 64

[11] Józef Mineyko, Wspomnienia z lat dawnych. Warszawa 1997, s.127

[12] Julian Fałat, Pamiętniki. Katowice 1987, s.66

[13] Bolesław Miklaszewski, Pamiętnik. Warszawa 2007, s. 148

[14] Tamże

[15]Kalendarz na 1913 rok .Brak daty i miejsca wydania, s.234

[16] Jerzy Odrowąż-Pieniążek, Więcej …op.cit., s. 69 - 70

[17] Tamże, s. 71

[18] Bolesław Miklaszewski, Pamiętnik… op.cit., s. 150

[19] Matylda w Windisch-Graetzów Sapieżyna, My i nasze… op. cit., s.157, 159

[20] Józef Mineyko, Wspomnienia …op.cit., s. 155

[21] Józef Mineyko, Wspomnienia… op.cit., s. 160

[22] Julian Fałat, Pamiętniki…op.cit., s. 72

[23] Tamże, s. 76

[24] Kalendarz na 1913 rok, .op.cit., s.180

[25] Helena z Jaczynowskich Roth, Czasy… op.cit., s.176

[26] Jerzy Odrowąż-Pieniążek, Więcej… op.cit., s. 70

[27] Helena z Jaczynowskich Roth, Czasy…op.cit., s. 176

[28] Józef Mineyko, Wspomnienia… op.cit., s. 126

[29] Bolesław Miklaszewski, Pamiętnik… op.cit., s. 133

[30] Jerzy Malinowski, Julian Fałat. Warszawa 1985, s. 65

[31] Antoni Kieniewicz, Nad Prypecią… op.cit., s. 252