Zaproszenie na otwarcie Zbiorów Biblioteki Rapperswilskiej w Warszawie w 1930 r. Źródło: PAN Archiwum w Warszawie, Materiały Jana Dąbrowskiego III 370

Tekst

 

 

 


Izabela Gass

Zygmunt Wasilewski – bibliotekarz w Muzeum Polskim w Rapperswilu

W Archiwum Polskiej Akademii Nauk przechowywana jest spuścizna archiwalna (sygn.127) Zygmunta Wasilewskiego (1865 -1948) pisarza politycznego, dziennikarza, działacza Narodowej Demokracji, a także bibliotekarza w Muzeum Polskim w Rapperswilu w latach 1892 – 1894.

Spuścizna składa się z jednej jednostki archiwalnej, którą stanowią wspomnienia z lat 1865 - 1947 spisane przez Wasilewskiego podczas tragicznej zimy 1939-1940 r. Ten ważny i ciekawy dokument życia z przełomu dwóch wieków liczy 346 pożółkłych kart maszynopisu. Wątków osobistych jest niewiele, gdyż Wasilewskiego absorbowały głównie sprawy polityczne. Wiadomo, że Narodowa Demokracja szansę na odrodzenie się Polski widziała we współpracy z Rosją i tym kwestiom są głównie poświęcone wspomnienia.

Wasilewski po ukończeniu gimnazjum w Kielcach (skąd się datuje jego znajomość ze Stefanem Żeromskim) studiował prawo w Szkole Głównej w Warszawie, na uniwersytetach w Petersburgu i Kijowie. W 1888 r. z dyplomem uniwersyteckim wrócił do Warszawy, gdzie rozpoczął pracę w kancelarii rejenta Szymona Landau’a. Jednocześnie pisał artykuły do „Wisły” i „Głosu”. I to właśnie redaktor naczelny „Wisły” Jan Karłowicz zaprotegował Wasilewskiego swojemu znajomemu Henrykowi Bukowskiemu, wiceprezesowi Rady Zarządzającej Muzeum Polskim w Rapperswilu na stanowisko bibliotekarza w Muzeum. Oferta pracy była bardzo kusząca, gdyż połączona z warunkiem zapoznania się (na koszt Muzeum) z nowoczesnymi bibliotekami w kraju i za granicą: w Krakowie, Lwowie, Poznaniu, Dreźnie, Berlinie, Monachium.

W marcu 1892 r. Zygmunt Wasilewski „stanął w Rapperswilu”, gdzie znalazł się „w wygaszonym ognisku polskiej emigracji, wśród jej pamiątek i tradycyj.„

Zamieszkał na zamku: „do mego mieszkania szło się przez sale muzealne na drugie piętro, gdzie była biblioteka. Jedna ściana należała do wieży, więc gdy biła godzina., to jakby taranem kto bił i w dzwon uderzał. W pracowni z oknem weneckim było biurko i pianino z zegarem i brązowym Diogenesem z ruchomości po Krystynie hr. Ostrowskim, który swe zbiory testamentem Rapperswilowi przekazał. Mury były z głazów, a ponieważ od stuleci nasiąkały dżdżami, zwłaszcza w okresie ostatnim gdy już malownicza był ruiną, więc nie dziwiło mnie, że wkrótce zaczął dokuczać mi reumatyzm.”

W owych latach zbiory Muzeum liczyły już 348 zabytków archeologicznych, 5422 monet, 800 medali, 196 rzeźb, 249 obrazów, 6978 rycin, 1411 rękopisów, 627 map, 3592 skatalogowanych książek, 812 przedmiotów pamiątkowych. Opracowaniem tego ogromnego zasobu miał zająć się bibliotekarz. Jego praca była uciążliwa i żmudna. Do zadań bibliotekarza należało także prowadzenie dziennika , w którym rejestrował każdy dar i nabytek, załatwianie wpływających pism, katalogowanie książek i starodruków, przeprowadzanie kwerend, zajmowanie się buchalterią i sprawozdawczością. Na dodatek praca była mało płatna, a do tego dochodziły utarczki z Włodzimierzem Rużyckim de Rosenwerth, który na zamku pełnił obowiązki palacza, woźnego, konserwatora i oczywiście kustosza, na czym znał się najmniej.

Z chwilą objęcia przez Wasilewskiego posady bibliotekarza biblioteka znajdowała się we wstępnym stadium organizacyjnym. Na jej zasób składały się księgozbiory kilku działaczy emigracyjnych otrzymane w darze lub zakupione przez Muzeum. Wśród książek było wiele druków ulotnych i broszur z czasów Wielkiej Emigracji, w tym dubletów. Książki częściowo zostały już ułożone w szafach według tradycyjnego podziału tematycznego: historia, prawo, geografia, teologia itd., ale wiele z nich znajdowało się w stosach w wieżach zamkowych, na dodatek pomieszanych z archiwaliami. Należało te książki scalić, uporządkować, oddzielić duplikaty, skatalogować. Wasilewski miał zatem pełne ręce roboty. Zabrał się najpierw za porządkowanie druków pism ulotnych, map i czasopism, póżniej za układanie książek według formatów i segregowaniem sztychów, wreszcie rozpoczął sporządzanie katalogów.

Jednak już po kilku miesiącach pracy zdał sobie sprawę, że potrzebny jest mu pomocnik. I tak oto do Rapperswilu trafił Stefan Żeromski. Żeromski w tym czasie był w trudnej sytuacji życiowej: bez pracy , zawodu, studiów, zagrożony gruźlicą. A na dodatek chciał się żenić. Wprawdzie jego pierwsze opublikowane utwory wzbudziły bardzo żywe zainteresowanie, ale przecież nie byłby w stanie utrzymać rodzinny czy leczyć się w Szwajcarii z honorariów autorskich. W tej sytuacji znalezienie pracy w Rapperswilu stało się rozwiązaniem zbawiennym .

Żeromski przybył do Rapperswilu z żoną i pasierbicą w październiku 1892 r. i (…) ”Odtąd pracowaliśmy razem do lata 1894 r., kiedy wróciłem do Warszawy. Dla Żeromskich znalazłem mieszkanie w miasteczku na tejże ulicy wiodącej do wsi Jona. Nie pamiętam nazwiska właściciela, który w tym swoim domu miał na dole okazały sklep ze szkłem i porcelaną. Całymi miesiącami trwało przenoszenie druków ze składów na świeżo ustawione półki drugiego piętra zamku i ustawienie ich formatami”.

W 1893 r. Wasilewski zaczął intensywnie pracować na projektem czwartego tomu Album Muzeum Narodowego w Rapperswilu – księgi pamiątkowej ku uczczeniu 25-lecia istnienia placówki, przypadającej na 1894 r. Był to tez rok stulecia powstania kościuszkowskiego. Dla uczczenia postaci Tadeusza Kościuszki za namową Wasilewskiego i dzięki wsparciu finansowym Bukowskiego powstała monografia o Kościuszce pióra Tadeusza Korzona, która stanowiła główny trzon albumu. Ponadto księga jubileuszowa zawierać miała krótką monografię Rapperswilu pióra T.T. Jeża oraz historię Muzeum autorstwa Zygmunta Wasilewskiego. Owocem wielomiesięcznej pracy Wasilewskiego był obszerny zarys Rzut oka na dzieje Muzeum Narodowego w Raperswilu (1869 – 1893), który wszedł w skład jubileuszowego albumu (t.4) – jako jego cześć pierwsza – oraz wydany został osobno nakładem Muzeum Raperswilskiego w 1894 r.

Równolegle do pisania historii Muzeum Wasilewski zajmował się także sprawami edytorskimi. Album miał obejmować 30 arkuszy, w tym 20 przeznaczono na monografię Kościuszki, 10 na historię Rapperswilu i Muzeum. Sporządził także kosztorys wydania na kwotę 8000 franków. Do zilustrowania albumu Wasilewski próbował namówić Stanisława Witkiewicza, który, niestety, nie skorzystał z zaproszenia; rysunki wykonano w Genewie. W ostateczności Album , który ukazał się w 1894 r. objął 52 arkusze druku, nakład wyniósł 1000 egzemplarzy i kosztował 12 670 fr.

W tym okresie rozpoczęły się pierwsze nieporozumienia z Rużyckim, który poczuł się zagrożony w swojej władzy. Muzeum traktował jako zbiór obrazów, wyrobów ze złota, srebra. Natomiast do książek odnosił się z niechęcią, nie doceniał zupełnie pracy bibliotekarskiej, uważał ją za stratę czasu. Jego działalność wyrządziła wiele szkody zbiorom.

Ponadto Rużycki mając dużo wolnego czasu zajął się fabrykowaniem pamiątek historycznych, którymi wnet zapełnił gabloty muzealne. Nieustanne wzbogacanie Muzeum dziwacznymi wyrobami bądź upiększanie oryginałów według własnych pomysłów kompromitowało placówkę. Ale nie można było nic na to poradzić, gdyż Rużycki cieszył się nieograniczonym zaufaniem prezesa, a zarazem dyrektora Muzeum płk Józefa Gałęzowskiego i sprawował na Zamku władzę nieograniczoną. Oto jak o nim pisze Wasilewski w swoich pamiętnikach: „Strażnikiem skarbów po tym tragicznym odłamie naszych dziejów był istny Quasimodo cywilizacji europejskiej, Włodzimierz Rużycki de Rosenwerth, on też był klucznikiem zamku starożytnego, w którym miałem zamieszkać.(…)Brudny, cudacznie ubrany, w czerwonej konfederatce, zatłuszczonym kożuszku, przydeptanych pantoflach, z fryzurą zbyt rzadko farbowaną, dla rozrywki przychodził do naszej pracowni i opowiadał anegdoty zawsze te same w kółko, często bardzo prostackie. Przy każdej sposobności – na widok jakiejś książki najczęściej – wygadywał niestworzone bajdy o tym, że nauka jest marnością, że nam się pewno wydaje, iż zjedliśmy rozumy ludzkie. Zawsze przy tym powoływał się na swoje doświadczenia. Typowym przykładem, który nam kilkadziesiąt razy opowiadał, był ten – przeciwko astronomem – że on raz u siebie w majątku po burzy widział tęczę, opierającą się jednym końcem o sadzawkę, a drugim o wzgórze, Otóż gdy potem poszedł na owo wzgórze, znalazł kilka ryb żywych przez tęczę przeniesionych. Nie będę opowiadał osobistych tortur, które były dłuższe, bo mieszkałem jakiś czas na zamku i Rużycki mnie żywił.(…) Aby zjeść to, co na patelni upryczył, trzeba było zgarnąć ze stolika będącego jego warsztatem trochę śmiecia, rozepchnąć nogami rupiecie na ziemi i usadowić się na jakiś gratach, z których każdy był kandydatem do zbiorów muzealnych, czekającym Różyckiego pomysłowości. Gospodarz strugał naprzód na patelni wczorajsze resztki sosu, aby broń Boże jej nie myć, na kupkę tych resztek kładł kawałek masła i cebuli, a gdy już zaskwierczało, rzucał krwawe mięso. Do tego dochodziły jeszcze krajane kartofle, niezbyt czysto obrane, ale za to szwajcarskie, bardzo niesmaczne .Był to codzienny nasz obiad, o ile nie gotowało się kości w krupniku, na co specjalny był garnek”.

I jakby tego wszystkiego było mało, Różycki nie potrafił gospodarować powierzonymi mu środkami finansowymi i dokonywał rażących nadużyć.

Na szczęście dla Wasilewskiego były i chwile szczęśliwe: wyjazdy do Zurychu, Wiednia, Lwowa, wycieczki po górach, przejażdżki statkiem „Concordia” po Jeziorze Zuryskim czy wreszcie małżeństwo, które zawarł w tym czasie z córką Jana Karłowicza, Wandą.

W swoich wspomnieniach wraca do tamtych chwil. Opisuje piękno krajobrazu alpejskiego: „Przed wieczorem wychodzę na spacer groblą przez jezioro. Parę kroków do niej, a już ani śladu miasta, cudowna powierzchnia wody, niebiesko-zielona – cisza. Od czasu do czasu przebiega pociąg na moście na grobli, zniknie, a szyny długo dzwonią i grają. Czasami znów statek nadciąga i niepokoi wodę. A za jeziorem łąki i wzgórza: na brzegu trzcina, w której pod zachód słońca pokrzykują dzikie kaczki”.

I wciąż jest pod urokiem miejsca: „Ustronie to (Rapperswil) było najcenniejszym punktem mojej podróży. (…) A sam podwórzec Zamku wart jest podróży [z Polski]. Czworokątny, otoczony ścianami zamku i wież, tonie w zieloności roślin. Kaskady winnych splotów opadają od dachu po krużganku i łączą się z zielenią bzów i akacji. W pośrodku podwórca, pełnego świergotu ptactwa, wznosi się koryncka kolumna, ocieniona skrzydłami orła.”

Zachwyca się kulturą szwajcarską. W listach do Polski opisuje koncert chóru męskiego w kościele ewangelickim w Rapperswilu: ”Przy miłej uliczce między willami i ogródkami stoi kościół ewangelicki. Wewnątrz wysokie ławki, witraże, dwa chóry. U wejścia sprzedają programy. Publiczność zapełniła ławki. Panie wedle przyjętego tutaj zwyczaju brzydkie, skromnie ubrane – po lewej stronie, mężczyźni po prawej. Na hasło dzwonka odzywa się sonata Mendelsohna, potem chór śpiewa na balkonie iyd – wszystko w najlepszym guście, a chóry wyborne. Trudno uwierzyć, że jest to skromne towarzystwo amatorskie w małej mieścinie. Kieruje nimi miejscowy organista. Śpiewacy są to miejscowi rzemieślnicy i kupcy, śpiewaczka solistka (sopran) jest siostrą robotnika malarza, który obecnie pracuje u nas na zamku – nieraz widujemy ją, jak przynosi bratu wino.”

Opisuje także uroczystość, która się odbywała w kwietniu w Zurychu w rocznicę tzw. „Sześciu Dzwonów”, na pamiątkę odsunięcia od władzy arystokracji. Ulicami miasta ciągnęły pochody mieszkańców okolicznych kantonów w strojach ludowych, jechały wozy z kukłami bogaczy w dawnych strojach, które wieczorem spalono nad brzegiem Jeziora Zuryskiego. Jego uwagę zwróciła także wyprawa okolicznych chłopów katolików do St. Gallen, gdzie przebywał biskup. „Na pokładzie [statku płynącego do Rapperswilu] od ludzi było rojno. Z przystanków przybywali nowi, przeważnie chłopi, w czarnych, świątecznych ubraniach, zaganiając przed sobą dziatwę. Dziewczynki miały na głowie białe wianki i skupienie było widać na ich ogorzałych twarzyczkach.(…) Niebawem poczęły śpiewać chórem.„

W tych opisach jest wiele patosu i sentymentalizmu , ale taki był duch epoki.

W końcu Wasilewski zaczął odczuwać znużenie pracą, płacą, a przede wszystkim kłótniami z Rużyckim . Popsuły się także stosunki z prezesem Gałęzowskim, który nie przyjmował krytyki i skarg na Rużyckiego. Przepełnieniem czary wzajemnej niechęci stała się sprawa Ignacego Domagalskiego. Ten dobry znajomy Wasilewskiego przybył do Rapperswilu, wydalony z Galicji na żądanie rosyjskiej policji. Raperswil miał być dla niego czasową przystanią przed wyjazdem do Ameryki. Wasilewski zatrudnił go jako wolontariusza do pomocy w pracach bibliotecznych. Oczywiście nie spodobało się to Rużyckiemu, chorobliwie drażliwemu na punkcie swojej pozycji w Muzeum. Kiedy na zamku pojawił się prezes Gałęzowski Rużycki sprowokował bibliotekarzy do kłótni, która skończyła się wydaleniem Domagalskiego i rezygnacją z pracy Wasilewskiego. 15 maja 1894 r. Wasilewski opuścił Muzeum i udał się do Warszawy, gdzie podjął się reaktywowania „Głosu” zamkniętego przez władze carskie. Jesienią 1895 r. „Głos” w rozszerzonej formie zaczął ponownie wychodzić.

Dwuletni pobyt i praca w Muzeum Raperswilskim przyniosły Wasilewskiemu wielostronne korzyści: poznawcze, literackie, światopoglądowe i rodzinne

Mimo że jego przygoda z Rapperswilem skończyła się w 1894 r., to jeszcze przez długie lata interesował się Muzeum.

W 1911 r. Wasilewski wraz z gronem pisarzy, uczonych, publicystów (m.in. St. Żeromski) wystąpił przeciw Radzie Muzeum, a przede wszystkim przeciw Rużyckiemu z oskarżeniem o dewastację zbiorów. Nic to jednak nie dało, bo Zarząd podporządkowany był prezesowi Gałęzowskiemu, a ten z kolei chorobliwie bronił swojego totumfackiego, który stał się niepodzielnym kierownikiem Muzeum.

Na początku XX w. opinie o Muzeum były mało pochlebne, zwano je tandeciarnią, rupieciarnią, zbiorem falsyfikatów. I trzeba było czasu, żeby to zmienić.

 


 Leszek Waligóra


Spotkanie z Legionami Polskimi w Szwajcarii



Po powstaniu styczniowym emigracja polska w Szwajcarii rozpoczęła prężną działalność w celu uzyskania  niepodległości przez Polskę. Korzenie wielu naszych partii politycznych sięgają tego dalekiego kraju. Szwajcaria jako kraj neutralny przychylnym okiem patrzyła na przygotowania niepodległościowe przyjezdnych Polaków. Cała Szwajcaria przesiąknięta jest pamiątkami po wielkich Polakach a sercem tętniącym patriotyzmem był i jest nadal najstarsze Muzeum Polskie w miasteczku Rapperswil, w kantonie Sankt Gallen w Szwajcarii. Muzeum mieści się w średniowiecznym zamku rycerskim, który góruje nad miastem i leży nad brzegiem Jeziora Zuryskiego w otoczeniu Alp.

Na wniosek Dyrektora Biura Śląskiego Zarządu Wojewódzkiego LOK Ryszarda Kasprzyka w Katowicach, Zarząd Główny LOK w Warszawie nadał Muzeum Polskiemu w Rapperswilu medal „ Za zasługi dla LOK”. Prezes Zarządu Rejonowego LOK w Tarnowskich Górach Leszek Waligóra w kwietniu odwiedził Muzeum i Bibliotekę w Rapperswilu celem wręczenia Muzeum za krzewienie patriotyzmu, kultury polskiej oraz historii Oręża Wojska Polskiego, najwyższy przyznawany dla organizacji w strukturach LOK medalu „ Za Zasługi dla LOK”. Medal jest docenieniem prawie 150 letniej pracy włożonej w utrzymanie i działalność Muzeum przez Polonię nie tylko mieszkającą w Szwjacarii, ale też na całym świecie - obiekty dla Muzeum przekazywali Polacy mieszkający nie tylko w Europie, ale też w USA, Kanadzie i Australii.


 Iwona Pużniak

 

MINI PRZEWODNIK PO SZWAJCARII

 

W DROGIEJ [nam] bardzo i PIĘKNEJ Szwajcarii,

Turystom jest zawsze wesoło.

Bo gdzie tylko który z nich nie wyruszy,

To takie miasteczka są wkoło:

 

[w kantonach niemieckich]

Dietikon, Dietlikon, Dällikon.

Pfäffikon, Ringikon, Rüschlikon.

Bubikon, Oerlikon, Stalikon.

Zolikon, Zumikon ... Binz.

 

[w kantonach francuskich]

Le Day, Le Pont, Le Landeron.

La Cure, La Plain, Mont Pelerin.

Lancy-Pont-Rouge, Col-de-Bretaye.

Les Diaberets, Vue-des-Alpes ... Bex.

 

[w kantonach włoskich]

Arosa, Rossa, Acquarossa,

Biasto, Bivio, Bosco.

Celerina, Cerentino, Grono,

Giubiasco, Cimalmotto ... Juf.

Wędrując od kantonu do kantonu,

Zdumiewać niezmiernie może fakt.

Jak w tym niedużym i górzystym kraju,

Wykreowano tak WIELKI, CIEKAWY ŚWIAT.

 

Dlatego polecamy tym miłym turystom,

Których szwajcarski może gonić czas,

By odwiedzali te miasta i miasteczka,

Do których warto w życiu zajrzeć chociaż raz.

 

Na kilka historycznych chwil wspaniały RAPPERSWIL.

Na pizzę oraz włoskie piwo LOCARNO albo BIVIO.

Dla romantycznych par – ONA i ON – urocza LUZERN albo SION.

A dla tych, którym wszędzie źle, szczęśliwe – nad Lac Leman – MONTREUX.

 

Na koniec tego mini przewodnika warto dodać:

MARZYMY, aby kiedyś … w małym, alpejskim Gstaad,

W domowym areszcie – tak jak R. Polański,

Spędzić co najmniej 5 kolejnych lat.

 

Turyści-przewodnicy: I + K

 

Urdorf

Sierpień 2012

 


 Izabela Gass

SZWAJCARIA OCZAMI POLAKÓW NA PRZEŁOMIE XIX/XX wieku

W XIX wieku, szczególnie w jego II połowie coraz więcej osób przemierzało lądy, morza, oceany w poszukiwaniu egzotycznych wrażeń, w celu uzupełnianie edukacji, dla poratowania zdrowia czy po prostu, ze względów towarzyskich. Jako cel wyprawy wybierano tradycyjnie Włochy, Francję, czy niemieckie lub belgijskie kurorty .

Od lat pięćdziesiątych XIX wieku podróże stały się mniej uciążliwe – pojawiła się przecież kolej, ułatwiająca dotarcie do odległych krajów, pojawiły się przewodniki: niemieckie Baedekery czy francuskie Les Guides Bleus. Kolejnym udogodnieniem były biura podróży – najsłynniejszym z nich to firma Thomasa Cooka, powołana do życia już w 1841 r. Tak więc podróżowanie stało się zajęciem przyjemnym i atrakcyjnym , a czasami nawet komfortowym, jak np. podróż Orient Expressem czy rejs w wytwornej kabinie transatlantyckiego statku.

Atmosferę wojaży sprzed I wojny pomagają nam odtworzyć wspomnienia, pamiętniki, dzienniki, które niejednokrotnie zostały wydane drukiem. Szczególnie w ostatnich latach nastąpiła „moda” na tego typu literaturę.

Wiele z tych wspomnień dotyczy Szwajcarii, do której jeżdżono chętnie z różnych przyczyn: dla piękna kraju, dla edukacji, dla poratowania zdrowia, na emigrację polityczną, rzadziej za pracą.

Oddajmy głos księżnej Matyldzie Sapieżynie zauroczonej widokami Alp Szwajcarskich. Był rok 1896. - „Więc przez Zurich i Lucernę do Interlaken. Zjechaliśmy o późnej godzinie w lejący deszcz. Pamiętam jak dziś, że obudziwszy się o czwartej rano, podeszłam do szeroko rozwartego okna i zobaczyłam lśniącą jak srebro, potężną i kształtną Jungfrau, w obramowaniu ciemnych lasów jodłowych, na tle wypogodzonego rannego nieba. Przecudny to był widok, w tym samym hotelu „Jungfraublick” mieszkali moi rodzice przed może dwudziestu laty i od najmniejszego dziecka pamiętam zachwyty i szkice mojej Matki z tej podróży szwajcarskiej. Odbyliśmy przecudne wycieczki do Lauterbrunnen, Murren, Schynige Platte, Eigergletscher. Pamiątki z tej podróży zachowały się do końca w Siedliskach, kogut z francuskiego fajansu i wielki wazon różowy, zegarek z kukułką, krzesełko z zajączkiem z Murren, dalej koce jedwabne w paski kolorowe, niebieskie, różowe, żółte, włoskiej roboty”.[1]

Księżna powróciła do Szwajcarii w 1905 roku. Zaczytywała się wtedy w książce „Der Konig der Bernina”, której akcja działa się wśród mieszkańców Engadiny. Bardzo pragnęła poznać te tereny, więc wybrała się z przez Chur, Thusis, Via Mala do St. Moritz. „Choć dochodził koniec czerwca było jeszcze bardzo zimno, wegetacja się wcale nie ruszyła, jedynie śliczne crocusy i anemony w świeżej trawie zwiastowały wiosnę.(…)Kryształowe powietrze, niezwykłe oświetlenie, lśniące metalowym blaskiem tafle lodowatej wody jezior, uroczysta samotność i powaga krajobrazu przejmowało do głębi, tym więcej, że nie było turystów ani obcych podróżnych, hotele były puste.” Księżna odbyła także wycieczkę do lodowca Rosegg „ (…)przez dziką dolinę wśród skał i starych , omszałych, wichrem poszarpanych modrzewi i limb, gdzie widzieliśmy mnóstwo kozic i świstaków, potem już pieszo do Tschierwa Hutte, skąd wspaniały widok na Piz Rosegg i Piz Bernina, które się powoli wyłaniały z chmur, by zajaśnieć majestatycznie w różowym blasku pogodnego wieczoru. Niezapomniany, cudowny widok. (…) Poszczególne wioski w Engadinie mają bardzo swoisty typ, domy szerokie, rozsiadłe, o grubych murach i małych oknach, jakby fortece zabezpieczające przeciw , wrogim żywiołom, jedynie ożywione zwisającymi z okien i balkoników kaskadami żółtych i czerwonych gwoździków. Zabrałam sobie doniczkę żółtych gwoździków, ale w Siedliskach zmarniały.” [2]

Widać w owym czasie wyjazdy do Engadiny były modne, skoro kolejna pamiętnikarka, Janina z Puttkamerów Żółtowska, ziemianka z Wileńszczyzny , tak pisze: „Z Monachium pojechałyśmy dalej, statkiem przez jezioro bodeńskie i koleją do Chur. Tam zasnęłam odurzona niezwykłym powietrzem górskim, nad ranem obudziła mnie orkiestra dzwonków, jak gdyby na msze dzwoniono w dziesięciu kościołach, tylko ten hałas wzmagał się, zbliżał i stawał się coraz radośniejszy, podkreślając tym samym dźwięczną kryształowość powietrza. Było to stado krów, które wąską i stromą ulicą wychodziło na pastwisko. W ciągu dnia wspinaliśmy się krętą koleją na wyżyny Engadynu, ciągle w przedziale biegając od okna do okna, aby uchwycić każdy widok na urwiska i przepaście w dole lub spoglądające na nas z góry spiętrzone szczyty. Zatrzymaliśmy się w hotelu Schweicerhof, we wsi St. Moritz, czyli na skłonie wzgórza, a nie w dole przy kąpielach. Hotel był , jasny, ładnie wykończony. Salony, sienie, sale jadalne miały białe sufity, udekorowane ozdobami z gipsu i ściany pokryte politurowaną jasną sosną. Wielkie okna tworzyły rodzaj ścian ze szkła i przez nie oglądało się bez przerwy rozległą panoramę, zielone jezioro w dole, a za nim dwie potężne góry, zarosłe niżej lasem, a tam, gdzie się zaczynały skały, zmieniające co chwila kolory, jak gdyby poprzez granitowe złomy promieniowały odblaski ukrytych w nim skarbów.”[3]

Nie tylko kobiety, z natury wrażliwsze na piękno natury, zachwycały się urodą krajobrazu szwajcarskiego. Ich wrażenia podzielał Antoni Kieniewicz, ziemianin z Polesia, który w 1904 roku wybrał się do Genewy. „Wyjeżdżaliśmy z Berna w dzień pochmurny i zamglony. Z okien wagonu zaledwie widoczne były z obu stron tory, wyłaniające się z mgły, niewielkie wzniesienia przeważnie zalesione co chwila mijaliśmy miasteczka oraz mniejsze bądź większe skupiska budynków, fabryczek poruszanych bądź siłą wodną bądź też prądem elektrycznym. Po około godzinie jazdy pociąg wjechał w długi tunel i o dziwo, przy wylocie z tunelu cud nad cudami! Jesteśmy w słońcu, na prawo ogromna tafla jeziora o ciemnogranatowym kolorze, ozłocona promieniami słońca, z lewej strony winnice, ogrody, za którymi w dali łańcuch wysokich gór, z których wyłania się wysoki, całkiem biały na tle granatowego nieba szczyt Mont Blanc.”[4]

A tak wyglądała Szwajcaria na początku XX wieku we wspomnieniach Heleny z Jaczynowskich Roth, ziemianki z Grodzieńszczyzny :” Do Szwajcarii jeździliśmy kilkakrotnie (…) Więc wszystkie wrażenia ze Szwajcarii łączę w jedno. Lozanna niczym specjalnym w pamięci mi się nie wryła. Są tam, jak i w Genewie, wytwórnie słynnych zegarków. Szwajcarki wyrabiały hafty i koronki, słynne ze swojej piękności. Dużo jest winnic w miejscach nasłonecznionych i na jesieni wspaniale słodkie były winogrona. Korty tenisowe rozsiane były wszędzie. (…) Był to sport elitarny, dostępny zamożniejszym, jak i konna jazda.(…) Dostępne natomiast było pływanie w jeziorach .Kostiumy już skąpsze (ale daleko do bikini), więc nie tak kosztowne. Były pływalnie tylko dla kobiet, inne dla mężczyzn. Czy były wspólne, jakoś nie pamiętam, ale w oczach mam tablice z napisami ”polizei verboten”, czyli policyjnie wzbronione przekraczanie pewnych granic. Łódki z ratownikami i dozorcami pływały przy brzegu po jeziorach, pilnowały porządku i bezpieczeństwa. Kto wypłynął na pełne jezioro i spotykał się z falą po statkach, stawał się narażony na niebezpieczeństwo zachłyśnięcia się wodą. Statki spacerowe przeważnie były z kołami po bokach. Te ze śrubą z tyłu dopiero wchodziły w użycie. Nie było dzikich plaż, a kąpano się tylko w dozwolonych miejscach.(…) Nie widziałam też nigdzie bezmyślnego niszczenia przyrody. Jej piękno szanowano. Uderzało nas także poszanowanie cudzej własności .W niżej położonych gospodarstwach widziałam piękne sady owocowe nieogrodzone nawet kołkami od drogi, gdzie przecież jeżdżono i przepędzano bydło.(…) W miasteczkach i osiedlach istniał zwyczaj, że piekarz, mleczarz i rzeźnik objeżdżali okolicę, zaopatrując mieszkańców w swoje produkty. Przed bramami ogrodów czy drzwiami willi zawieszano na kołeczku koszyczek z pieniędzmi i kartką dla piekarza. Ten, gdy nadjechał i zadośćuczynił prośbie klienta, zawieszał z powrotem koszyczek i dzwonił. W ten sam sposób załatwiano sprawę z mleczarzem, a rzeźnik miał dzwon i anonsował nim o swoim przybyciu, więc albo zostawiał te kotlety w koszyku, lub też klientka zjawiała się przy wozie sama.[5]

A oto opis włoskiej części Szwajcarii, która „ różniła się wyraźnie od Szwajcarii francuskiej i niemieckiej, tak językiem, jak i ubraniem, obyczajem i temperamentem. Nierzadko widziało się obrazki , całkiem jak z Włoch – z osiołkami, bielizną na sznurku, gwarem i gadatliwością tubylców. Tylko nędzy nie było widać, jak na terenach rdzennie włoskich turyści byli bowiem źródłem zarobków i dobrobytu, a cały tryb życia był ujęty w szwajcarską praworządność. Wszędzie doskonałe drogi, ładne hotele i małe hoteliki, pensjonaty, duże restauracje, małe knajpki i cukierenki . To był właściwie raj dla turystów, dostosowany do każdej kieszeni i poziomu.”[6]

Podobne uwagi ma Antoni Kieniewicz, który wspomina:

„Co do Berna, miasta stołecznego Szwajcarii, to byłem zbudowany porządkiem, czystością, ulic oraz grzecznością ludności. W jednym tylko punkcie miasta widziałem stojącego na środku jezdni policjanta w czapce mundurowej, kierującego ruchem różno rodnych wehikułów(…) Wojska absolutnie się nie widzi. A jaka ludność uczciwa. Kradzież w tym kraju jest nie do pomyślenia. Ruch pieszy w mieście duży, załatwiają transakcje lub inne swoje sprawy. Poza tym sporo przyjezdnych turystów. W centrum miasta na obszernym placu otoczonym ze wszystkich stron kamienicami mieści się rynek, na którym można nabyć wszystko, co miejscowemu człowiekowi potrzeba, z przewagą produktów żywnościowych .Ogromne koła młyńskie wybornych serów szwajcarskich, wyroby cukiernicze, najlepsza na świecie czekolada, gorące kasztany, parówki i wiele innych smakowitości. Punktualnie o godzinie dwunastej zegar z wieży głównego tumu wybija godzinę. Wówczas miasto zamiera. Godzina przerwy na drugie śniadanie. Cały personel z głównego rynku również wyruszył do swoich mieszkań, pozostawiwszy bez żadnej opieki stragany z przeróżnym towarem, na niektórych można było zobaczyć kasetki z pieniędzmi. Pośrodku zaś rynku roje dzieci w przerwie między lekcjami.(…)Nie zdarzyło mi się zobaczyć, by dzieciak palcem dotknął ciastka lub zabawki, przed którą oczęta wypadały mu z zachwytu. Szczęśliwy kraj! Szczęśliwi ludzie! Na katolików ludność spogląda niemiłym okiem. W Bernie był jeden kościół katolicki, jednak stale zamknięty. Przy kościele paru księży, na ulicy ubranych po cywilnemu. Msze święte codziennie się odprawiały w dolnym kościele przy drzwiach zamkniętych. Turystów wszelkiej narodowości, z przewagą jednak Anglików, ilość stale była liczna.”[7]

Helena Roth ponownie do Szwajcarii wybrała się w podróż poślubną w 1913 r. Pobyt w Szwajcarii był też okazją do załatwienia spraw handlowych – zakupu zarodowych sztuk bydła rasy szwyc, których hodowlę , znaną w całym Cesarstwie Rosyjskim prowadził jej teść. Dostawcą bydła zarodowego był szwajcarski rolnik Burgi Gretener, mieszkający na stoku Rigi.. Do jego gospodarstwa małżonkowie dostali się kolejka zębatą. „Po drodze podziwiamy piękne widoki, wspaniałe aromatyczne łąki, właśnie koszone kosiczkami i pełne zapachu świeżego siana. Na jakiejś stacyjce wysiadamy, kolejka pnie się wyżej. Paręset kroków i jesteśmy na miejscu.” [8] Jakież było ich zdziwienie, gdy okazało się , ze dom ich dostawcy – jakby nie było chłopa – liczył 10 pokoi z salonem, z miękkimi meblami , biblioteką i fortepianem. A sama obora „zelektryfikowana, skanalizowana, W jednej jej części stoi 6 – 8 byczków jedno i dwuletnich, tak wyczyszczonych, że aż lśniących, migdałowego koloru z białą pręgą przez grzbiet.”[9]

Podobne odczucie miał Jerzy Odrowąż-Pieniążek, który w swoich wspomnieniach z początku XX wieku pisał :”Kiedyś będąc na dużej fermie chłopskiej rolniczo-hodowlanej, zauważyłem wodę płynącą z otwartego kranu do długiego koryta wodopoju dla bydła na podwórzu – wtedy stanął mi w pamięci obraz studni na folwarcznym gumnie w Tomaszowicach, gdzie przy głębokiej obudowie tejże stał żuraw.(…)Jakże prymitywne wydały mi się teraz nasze zabudowania gospodarcze, kryte słomą (…), kopcące lampy naftowe. Tu [w Zurychu] była bieżąca woda i centralne ogrzewanie, w samym mieście tramwaj elektryczny – słowem świat zupełnie inny, niż ten w którym wrosłem.”[10]

Niestety, porównania standardu cywilizacyjnego wypadały zawsze na niekorzyść Polski. Takimi refleksjami dzieli się z nami Józef Mineyko, ziemianin z Wileńszczyzny, który będąc w 1899 r. w Bernie spotkał chłopa szwajcarskiego „w góralskim stroju, z fają nierozłączną w zębach”, szukającego muzeum „bo jeszcze nigdy w nim nie był, więc chciałby je zwiedzić. Mieszka gdzieś na wsi i przyszedł piechotą. Zaimponowało to nam, że taki prosty, stary chłop przychodzi z głuchej wsi, , aby zwiedzić muzeum. Porównaliśmy go z naszym chłopem. A cóż to za różnica! Nasz chłop nie tylko stary, ale i młody przeważnie ani czytać, ani pisać nie umiał. Wśród ludu panowała kompletna ciemnota."[11]

Ze Szwajcarią związany był także wybitny Polski malarz Julian Fałat. W swoim pamiętniku tak pisze: „W cudnej i drogiej mi Szwajcarii, która najbardziej zaważyła nad moja całą karierą techniczną i malarską, a nawet nad całym moim życiem, wędrując teraz po raz pierwszy różnymi ścieżkami przez góry, przez malownicze wioski, przez śliczne ogrody pełne owoców, przez pola winogronowe – rysuję i maluję wszystko…”[12] Pływa po „prześlicznym” jeziorze Zurychskim, robi wycieczki w góry i dziwi się wszystkiemu: kształceniem dzieci do 17 lat (w zamożnej gminie Hottingen na przedmieściach Zurychu), wycieczkom dzieci z nauczycielami po górach, ćwiczeniom gimnastycznym.

Do Szwajcarii jeżdżono na studia. Na początku XX wieku w Szwajcarii studiowało ponad 600 osób z Polski. Niezwykłą popularnością cieszyła się wśród Polaków Politechnika w Zurychu . „Były lata, kiedy w samym Zurychu studiowało powyżej sto osób” – wspomina Bolesław Miklaszewski, w odrodzonej Polsce rektor Szkoły Głównej Handlowej, minister Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, senator RP .[13] Kogóż tam nie było! Ignacy Mościcki, Wiktor Lampe, Stanisław Weil, Józef Wedel – syn właściciela fabryki czekolady w Warszawie, Tadeusz Miłobędzki –to chemicy, studenci i pracownicy naukowi szwajcarskich uczelni, Józef Wierusz-Kowalski, Jan Modzelewski - fizycy, Julian Marchlewski, Stanisław Grabski, Feliks Perl – ekonomiści. Oprócz studentów przyjeżdżali do Szwajcarii na stałe bądź na krótko członkowie emigracyjnych stronnictw politycznych. Szwajcaria to pierwszy kraj w Europie, który od 1864 r. otworzył uniwersytety dla kobiet. „Koleżanki początkowo mało jeździły do Zurychu. W roku 1892 było ich parę zaledwie. Genewa była punktem atrakcyjnym dla niewiast przez długie lata, i gdy kto z kolegów myślał o żeniaczce, mówiono, że wybiera się na dokończenie studiów do Genewy (…) W roku 1894 nastąpił napływ koleżanek, nawet z Genewy.”[14]

W Kalendarzu na 1913 r. można znaleźć szereg informacji na temat uczelni szwajcarskich: ”Szwajcaria posiada następujące uniwersytety: z językiem wykładowym francuskim; we Fryburgu, Lozannie, Genewie, Neuchatel; z językiem wykładowym niemieckim: Bazylea i Zurych; z wykładami mieszanymi (częścią francuskim, częścią niemieckim); w Bernie i we Fryburgu .Do uniwersytetów tych są przyjmowani są wychowańcy tych szkół polskich, które otrzymały prawo publiczności(…)”[15] Opłata wpisowa i wykładowa na każdej z tych uczelni była inna . Wpisowe wynosiło ok. 20 franków, wykłady po 5 franków za godzinę tygodniowo przez semestr, kasa chorych - 5 franków, czytelnia - 5 franków, kaucja za korzystanie z laboratorium – 50 franków. Do tego dochodziły jeszcze koszty utrzymania: mieszkanie, wyżywienie, ubranie. Studiowanie nie było więc tanie, a mimo to młodzież – nie tylko z zamożnych domów - przyjeżdżała do Szwajcarii .

Jerzy Odrowąż-Pieniążęk w swoich wspomnieniach przedstawił życie studenckie w Zurychu na początku XX wieku. Opisy sal wykładowych, bibliotek, laboratoriów przeplatają się z opisami życia towarzyskiego studentów. ”Życie studenckie w Zurychu było bardzo bujne. Była to istna wieża Babel – narodowości z całej bez wyjątku kuli ziemskiej” Studenci byli zrzeszeni w licznych narodowych lub regionalnych stowarzyszeniach; Polacy w „Polonii”, powołanej do życia w 1909 r. Te międzynarodowe stowarzyszenia były strachem całego Zurychu „Było to bractwo tak ze sobą solidarne, tak złośliwie mściwe, że chyba tylko samobójca mógł mu się świadomie narazić. Bezkarność oraz poczucie własnej siły i solidarności sprawiało, że dopuszczano się wprost niebywałych kawałów, płatanych z takiej lub innej okazji. Policja, władze miejskie, senaty wyższych uczelni stały się bezsilne i chcąc zachować swój autorytet, patrzyły na to wszystko przez palce. Utarło się tylko smętne powiedzonko-przekleństwo: ”Znowu ci przeklęci, zasrani cudzoziemcy”. Jednak poczciwi Szwajcarzy, którym mocno za skórę zalazła ta studenteria, znosili ją jako ”złotodajną szarańczę”- całym zrozumieniem swojego interesu.”[16]

Często wracając wieczorami z piwiarni, studenci wymyślali kawały spokojnie śpiącym mieszczuchom. Przytoczę jeden z nich, moim zdaniem najzabawniejszy, który tak opisuje Jerzy Odrowąż-Pieniążek: ”Pamiętam , że kiedyś wracając na Talackerstrasse zauważyliśmy granitowy brukowiec, leżący w pryzmach, przygotowany do zmiany nawierzchni ulicy. Padł rozkaz do tyłu[studenci szli w pojedynkę wężem mając na czele jakiegoś wytrawnego „kawalarza” zwanego „gąsiorem”]: każdy dwie kostki do garści. W mig cała nawierzchnia długiej ulicy stała się płynna.”[17] Wąż studentów posuwał się powoli, gdy tymczasem pierwsi z nich na czele z „gąsiorem” dotarli już do Prezydium Policji, gdzie znajdował się urząd rzeczy znalezionych. Zaspany policjant widząc tylko „gąsiora” pomyślał, że to – mimo późnej pory - jakiś praworządny obywatel w ważnej sprawie - i nieopacznie otworzył drzwi urzędu. To wystarczyło, żeby za” gąsiorem” wtargnęli inni i zaczęli składać kostkę – jako rzecz znalezioną na ulicy. Niebawem cały gmach był zawalony kostką, z której powstała barykada. Biedny policjant nie był w stanie ani temu zapobiec, ani nikogo zaalarmować. Jemu na pewno nie było do śmiechu.

Inaczej wyglądało życie studenckie oczami Bolesława Miklaszewskiego. Było to życie pracowite , pełne działalności społecznej i politycznej ” (…) a ściśle mówiąc – dyskusji, a nawet swarów politycznych, co miało swój wyraz w istnieniu różnych stowarzyszeń, nieraz bardzo licznych. Czasami walki przybierały dość ostry charakter i gorszyły szwajcarskie otoczenie, a nawet władze. Do tej kategorii zaliczyć należy nieszczęśliwy, a nawet tragiczny wypadek, jaki zdarzył się na Zurychbergu staremu proletariatczykowi Aleksandremu Dębskiemu. W 1889 roku wraz z członkiem Narodowej Woli Dembym Brinsztejnem przygotowywali oni bomby, które po wypróbowaniu miały być przewiezione do Rosji i tam użyte przez tę organizację. Gotowe bomby były wypróbowywane przez obu na Zurychbergu. Próby szły dobrze i wybuchały doskonale. Nie zwracało to jakoś niczyjej uwagi, gdyż w Szwajcarii często używano materiałów wybuchowych do eksploatacji kamieniołomów. Trzeba było nieszczęścia, że jeden nabój nie wybuchał pomimo uderzeń o skałę. Pchnięty jednak przez Brinsztejna nogą potoczył się ku dołowi i wybuchnął, zabijając na miejscu Brinsztejna. Aleksander Dębski ranny, z rozprutą od stopy do pachwiny nogą i wieloma innymi ranami, dowlókł się ku dołowi i tu przez kolegę z politechniki Gabriela Narutowicza został doniesiony i opatrzony w szpitalu. Narutowicz usunął z mieszkania Dębskiego dokumenty i inne dowody kompromitujące. Rosja wystąpiła z ostrą notą przeciwko Szwajcarii, atakując jej prawo azylu. W kantonie zuryskim szefem policji był wtedy pułkownik Fischer, który był wrogo do Polaków i Rosjan usposobiony. Dębskiego leczono w szpitalu bardzo starannie w ciągu półrocza, wyleczono go doskonale, a następnie wydalono ze Szwajcarii, obostrzając znacznie nadzór nad Polonią, z roku na rok powiększając ograniczenia wstępu, początkowo na politechnikę, a potem na uniwersytet.”[18]

W Szwajcarii szukano szkół dla dzieci. Zamożne rodziny wysyłały już 10 – 12 letnich chłopców do szkół z internatem, położonych nieraz daleko od domu. Wspominana tutaj księżna Sapieżyna odbyła podróż po Europie w celu wybrania odpowiedniej szkoły dla swoich dwóch synów. Po zwiedzeniu szkół katolickich w Belgii, Anglii dotarła do Szwajcarii:` „Dalsza podróż przez Bazyleę do Fryburga( …) gdzie oglądamy College Saint Michel, internat, gdzie życie jest proste i twarde, ale nauki i atmosfera dobra, higiena i ruch na ostatni planie, miednice jak małe salaterki! Chłopiec, który by łatwo zniósł współżycie z kolegami stanu chłopskiego, zaniedbanymi zewnętrznie, zahartowałby się i przygotowałby tutaj do życia twardego! Zwiedzamy także College Saint-Jean, księży Marianów, Academie Sainte-Croix sióstr dominikanek dla studentek.(…) Dalsza droga zawiodła nas przez Lucernę do Altdorf i Sarnen, gdzie poznajemy dwa zakłady benedyktyńskie, nie są to już gentelmany, lecz poczciwi ojcowie o dość zaniedbanej powierzchowności, mówiący Schwytzer Deutsch . Przyjmują nas dobrotliwie, nauki i duch zakładu stoją zapewne na wysokości zadania, ale uczniowie, synowie chłopów wyglądają jak najbardziej wulgarnie .W Altdorf jednak typ i urządzenia są bardziej nowoczesne (…)ale położenie geograficzne tych miejscowości, otoczonych niebotycznymi górami, zimą zapewne zasypane głębokim śniegiem, trochę odstrasza!” [19]

W poszukiwaniu pracy i nowego miejsca życia przyjechał do Genewy w 1903 r. wspomniany już Józef Mineyko . Powodem przyjazdu do Szwajcarii było zawarcie małżeństwa z prawosławną Rosjanką, która po kryjomu przeszła na katolicyzm. W carskiej Rosji zmiana wyznania prawosławnego na katolickie była karana. Małżonkowie powrócili na Litwę dopiero po wydaniu przez cara ukazu tolerancyjnego w 1905 r. Dwuletni pobyt w Genewie Mineyko wspominał z sentymentem. Już sam przyjazd dostarczył mnóstwo emocji: (…)”Góry się wznosiły coraz wyżej, pociąg wykonywał korkociągi, spirale, bujał, targał, wpadał raz po raz w tunele, wreszcie na stacji Ariolo przystanął. Konduktorzy kazali zamykać okna, zapalono światło w wagonach i pociąg wpadł do najdłuższego tunelu w Europie- St. Gothard”[20]

A jak wyglądała Genewa na początku XX wieku ? Zimą miasto pustoszało, bo nawet dorożki przenosiły się do Nicei. W mieszkaniu było zimno, gdyż żelazny piecyk grzał tylko wtedy, kiedy w nim palono. Za to wiosną: ” (…) Genewa zaczynała upiększać swoje parki i zieleńce w różnobarwne kwiaty. Wtedy hotele i pensjonaty przygotowywały się do przyjmowania drogocennych gości – Anglików, Amerykanów i całego świata turystów. Aby im umilić pobyt zarząd miejski zapraszał na gościnne występy znakomitych artystów, aktorów, śpiewaków, jednym słowem wszystkie wybitne siły artystyczne Francji i całego świata. Już w kwietniu turyści z Nicei, Monte Carlo, Włoch uciekają przed upałami i zjeżdżają do Genewy. Stad robią wycieczki nad brzegi pięknego Lemanu, stad jedzie się w okoliczne góry, a na wieczór powraca do Genewy na niecodzienne przedstawienia teatralne „[21]

Mineykowie narzekali jedynie na kuchnię – cienkie zupy, króliki i gołębie w winnym sosie, żabie udka i ślimaki. Tęsknili za kuchnią litewską, śmietaną, żytnim chlebem.

W Szwajcarii jako rysownik przy budowie kolei Winterthur – Rapperswil z dziennym wynagrodzeniem 7 franków pracował w latach 70-ch XIX wieku wspomniany już malarz Julian Fałat. „Te dwa lata (…) przy budowie kolei Tosstahlbahn, to jeden z najpiękniejszych epizodów mojego życia (…). Okolica górska – prześliczna, kolej, budująca się na przestrzeni tego jedenastokilometrowego „losu”, liczy trzy tunele, kilkanaście mostów i mostków oraz ogromnych nasypów (…) .Fałat robi wycieczki w góry, zaprzyjaźnia się z pasterzami krów. „Wkrótce to już są moi dobrzy znajomi, u których znajduję zawsze gościnę – mleka, ile tylko mogę wypić i możliwość przespania się nawet pod dachem, pod wspólną pierzyną, napełnioną nie pierzem, lecz suchymi liśćmi. Rysuję i maluję wszystko: krowy, kozy, góry i moich przyjaciół, starszych i młodszych. W następną sobotę po takiej gościnie przynoszę im flaszeczkę „chrysiwasser” czyli „kirchwasser” (wódkę z czereśni), którą piją chętnie, przegryzając „landjagerem”, to jest zasuszoną płaską kiełbasą.”[22] Bardzo dużo maluje akwarelą i rysuje piórkiem robotników kolejowych, pejzaże nieznane nawet dzisiaj z tytułu, portrety „dzieci kilku patrycjuszowskich rodzin w Zurychu”, co przynosi mu zarobek i pewną popularność.

Otwarcie linii kolejowej stanowiło wielką uroczystość , na którą przybyli dygnitarza kantonalni i berneńscy.”Gdy pociągiem, przybranym w zieleń i kwiaty, wjeżdżamy na stację, honoratiores

witają nas przemowami, a „ehrenjungfrauen” ofiarują na pomyślność kielichy napełnione winem. Mnie, znanego od dwóch lat miejscowym mieszkańcom, zapraszają tym gościnniej i serdeczniej – tak że w końcu niezliczone puchary wina zawieruszyły mi trochę głowę. Muszę dodać, że Szwajcarzy lubią wino i przy lada okazji wypijają wiele „literli”.[23]

W szwajcarskich kurortach szukano ratunku przed gruźlicą. Wierzono wtedy w różne bady i uzdrowiska ,w zbawienny wpływ górskiego powietrza, mineralnych źródeł i kąpieli. Spacery, kąpiele, wycieczki powozem urozmaicały pobyt w uzdrowisku.

Wymieniony przeze mnie Kalendarz z 1913 roku poleca szereg kurortów szwajcarskich: Alvaneu-Bad, Arosa, Davos, Lavey-les-Bains, Montreux, Saint-Moritz, Ragatz, Rigi-Kaltbad, Rigi-Klosterli, Vevey. Davos reklamowane jest jako wioska szwajcarska, położona w dolinie 1500 m nad poziomem morza, osłonięta wysokimi górami od północy, wschodu i zachodu. Jest tutaj” (…) czyste powietrze górskie i dużo słońca. Stacya klimatyczna górska, hydroterapia, masaż, kuracya terenowa, mleczna, kefirowa. Kilka sanatoryów dla suchotników, utrzymanie całodzienne w sanatoryum około 10 franków, pokój 1-7 franków dziennie. Sezon trwa cały rok, taksa zdrojowa ¼ franka dziennie. Komunikacja kolejowa przez Wiedeń, Monachium, lub Wiedeń, Innsbruck, Buchs, Landquart, Davos”[24]

W całej Europie znana była klinika chirurgiczna dr Emila Kochera (1841 – 1917), do której jeżdżono po poradę lekarską. Antoni Kieniewicz opisuje operację swojego ojca dokonaną w 1903 r. przez doktora Kochera. Cały zabieg trwał trzy i pól godziny i zakończył się pełnym sukcesem. Z pewnym zdumieniem czyta się opis kliniki, która mieściła się w czterech pokojach hotelowych. Stanowiły one poczekalnię, gabinet przyjęć, pokój opatrunkowy i salę operacyjną. Pacjenci przed i po operacji zajmowali w tymże hotelu pokoje na wyższych piętrach i przez wiele dni byli pod obserwacją lekarza i pielęgniarki. W opisywanej sytuacji choremu towarzyszyła rodzina żona i pięcioro dorosłych dzieci, którzy prze otwarte drzwi obserwowali operację z sąsiedniego pokoju. Cały czas klęcząc, odmawiali półszeptem rozmaite litanie i modlitwy, a potem opiekowali się chorym, aż do momentu, kiedy można go było zabrać do domu na Polesie. Starszy pan żył jeszcze osiem lat.

Helena z Jaczynowskich Roth do Szwajcarii wojażowała także po porady medyczne. Oddajmy jej głos:” W Lucernie (…) leczono mi gardło i nos. Stałe krwotoki z nosa i częste anginy (zapadała także na nie moja mama) wymagały już nie profilaktyki, ale leczenia. Jeździłyśmy z mamą dorożką do malowniczo położonej willi dobrego laryngologa. Te miejsce żylakowate w nosie powypalał mi drutem, przez który przechodził prąd elektryczny, szybko i bez specjalnych przykrości sprawę tę u mnie zlikwidował. Gorzej było z migdałkami, podziurawionymi czopami anginowymi. Ale i te jakimś drutem porozszarpywał, zatoki pootwierał. Bolało, piekło i pachniało smażonym befsztykiem. Po takich zabiegach miałam nakazane połykanie lodów. Ostatecznie można było dać się podsmażyć, zanim dostawało się ulubione pistacjowe lody. Trwało to kilka tygodni, potem było leczenie kąpielami w jeziorze, nacieraniem ciała zimną, słoną wodą, płukaniem gardła. I rzeczywiście¸ kuracja była dobra, bo ani krwotoki, ani anginy nie powtarzały się.”[25]

A jeśli Szwajcaria , to i obowiązkowa wizyta w Rapperswilu. „To było gniazdo niepodległej Polski – Rapperswil - nad jeziorem w uroczym zamku, strzeżone przez zgrzybiałego i zdziecinniałego powstańca Różyckiego de Rosenwerta”[26]

”Byliśmy w Zurychu, po jeziorze pływaliśmy motorówką i zajechaliśmy do Raperswilu [!], do muzeum pamiątek polskich. Ze specjalną czcią przechowywano serce Tadeusza Kościuszki. Wszystkie te zbiory przewiezione zostały po I wojnie do kraju i podobno w powstaniu warszawskim zginęły” – wspomina Helena z Jaczynowskich-Roth.[27]

Jozefa Mineyko Zurych specjalnie nie zachwycił. Za to ‘’… inne wrażenie wynieśliśmy z miasteczka Rapperswil, leżącego nad brzegiem Jeziora Zuryskiego, tam bowiem zwiedziliśmy polskie muzeum przechowujące nasze bezcenne pamiątki historyczne, arrasy, gobeliny, zbroje, dokumenty i inne drogie nam przedmioty, czyli wszystko, co Rosja pragnęła nam odebrać o skonfiskować. Owe więc skarby zostały zebrane i chronione w Polskim Muzeum Narodowym w Rapperswilu, na ziemi szwajcarskiej. Opuściliśmy Rapperswil przejęci do głębi widokiem naszych polskich pamiątek.”[28]

Bolesław Miklaszewski studiując w Zurychu też często bywał w niedalekim Rapperswilu. Miał nawet zostać bibliotekarzem w Muzeum Polskim, ale wyjazd do Ameryki pokrzyżował mu te plany. ”Jeździliśmy dość często do Rapperswilu, aby tych zacnych ludzi [Żeromskich] odwiedzić i ugadywaliśmy się całymi godzinami” – wspominał[29]

Jedynie w pamięci Juliana Fałata niemiło zapisał się kontakt , nie tyle z Rapperswilem, co z hr. Platerem. Julian Fałat w czasie studiów biedował, wiecznie głodny i schorowany, szukał różnych możliwości pomocy czy zarobku. „..Tak dalece pogorszyły się moje finanse, że miałem apelować do Pana hr. Platera. Lecz jakiż skutek tego? Otóż pierwszy raz będąc u niego wyprosiłem na buty i na drogę do Rapperswillu 25 fr., drugą razą chcąc już wyjechać do Monachium dał mi Plater 20 fr. Prawda, ja mu nie powiedziałem, że żądam tyle a tyle, gdyż sądziłem, że on znający moje położenie, będzie mógł sam ocenić ile będzie mi potrzebnym do zaczęcia roboty” Oczywiście 20 fr. nie wystarczyło na podróż do Monachium, a tym bardziej na studia, więc Fałat musiał pozostać w Szwajcarii żyjąc z malarstwa. Rozgoryczony nie czuł się w obowiązku oddać Platerowi owe 45 fr. Co z kolei wściekło Platera, który zażądał w formie spłaty długu 2 obrazków „widok zamku i ogródka”. Tu znów uniósł się honorem Fałat :”(…) to ja wolę zwrócić 45 i uskutecznię to najdalej za 10 dni, bo w tym czasie ukończę dwa portrety, nad którymi obecnie pracuję i będę mieć znowu pieniądze.” – pisał w 1879 r. w liście do Agatona Gillera.[30] Jak się sprawa zakończyła niewiadomo, w każdym bądź razie Fałat namalował akwarelę przedstawiającą zamek w Rapperswilu, znajdującą się obecnie w Muzeum Narodowym w Warszawie. Skąpstwo hr. Platera było wszystkim znane! Dzięki Bogu Fałatowi udało się ukończyć studia w Monachium, bez pomocy pana hrabiego i zostać jednym z najpopularniejszych malarzy polskich.

Z tych wspomnień wyłania się piękny, zamożny, czysty i gościnny kraj, stojący na wyższym poziomie cywilizacyjnym niż Polska. Ludzie tam żyjąc y są uczciwi, gospodarni i praworządni. Jedynie Kieniewicz narzekał:” A jednak spotykałem wśród Szwajcarów niesympatyczne rysy charakteru. Przede wszystkim szorstkość i gburowatość , brak tolerancji religijnej.[31]



[1] Matylda z Windisch-Graetzów Sapieżyna, My i nasze Siedliska. Kraków 2009, s.28 – 29

[2] Matylda z Windisch-Graetzów Sapieżyna, My i nasze…op.cit., s.127

[3] Janina z Puttkamerów – Żółtowska , Inne czasy, inni ludzie .Londyn 1998, s. 126

[4] Antoni Kieniewicz, Nad Prypecią dawno temu. Wspomnienia zamierzchłej przeszłości. Warszawa 1989, s. 286

[5] Helena z Jaczynowskich Roth, Czasy, miejsca, ludzie. Wspomnienia z Kresów Wschodnich. Kraków 2009, s. 173 - 175

[6] Helena z Jaczynowskich Roth, Czasy.. op.cit., s.222

[7]Antoni Kieniewicz, Nad Prypecią. …op.cit., s. 251 - 252

[8] Helena z Jaczynowskich Roth, Czasy…op.cit., s. 222 - 223

[9] Tamże

[10] Jerzy Odrowąż-Pieniążek, Więcej niż świadek. Warszawa 2007, s. 64

[11] Józef Mineyko, Wspomnienia z lat dawnych. Warszawa 1997, s.127

[12] Julian Fałat, Pamiętniki. Katowice 1987, s.66

[13] Bolesław Miklaszewski, Pamiętnik. Warszawa 2007, s. 148

[14] Tamże

[15]Kalendarz na 1913 rok .Brak daty i miejsca wydania, s.234

[16] Jerzy Odrowąż-Pieniążek, Więcej …op.cit., s. 69 - 70

[17] Tamże, s. 71

[18] Bolesław Miklaszewski, Pamiętnik… op.cit., s. 150

[19] Matylda w Windisch-Graetzów Sapieżyna, My i nasze… op. cit., s.157, 159

[20] Józef Mineyko, Wspomnienia …op.cit., s. 155

[21] Józef Mineyko, Wspomnienia… op.cit., s. 160

[22] Julian Fałat, Pamiętniki…op.cit., s. 72

[23] Tamże, s. 76

[24] Kalendarz na 1913 rok, .op.cit., s.180

[25] Helena z Jaczynowskich Roth, Czasy… op.cit., s.176

[26] Jerzy Odrowąż-Pieniążek, Więcej… op.cit., s. 70

[27] Helena z Jaczynowskich Roth, Czasy…op.cit., s. 176

[28] Józef Mineyko, Wspomnienia… op.cit., s. 126

[29] Bolesław Miklaszewski, Pamiętnik… op.cit., s. 133

[30] Jerzy Malinowski, Julian Fałat. Warszawa 1985, s. 65

[31] Antoni Kieniewicz, Nad Prypecią… op.cit., s. 252

 


 Izabela Gass

Julian Fałat w Szwajcarii

Julian Fałat (18534- 1879) popularny malarz polski, znany jako autor scen myśliwskich spędził lata 1874 - 1879 w Szwajcarii studiując na Politechnice w Zurychu, a później pracując jako rysownik przy budowie kolei z Winterthur do Rapperswil.

Po latach w swoich pamiętnikach wspomina Szwajcarię jako „cudną i drogą , która najbardziej zaważyła nad moją całą karierą techniczną i malarską, a nawet nad całym moim życiem”.[1] Fałat pochodzący z rodziny chłopskiej o własnych siłach utrzymywał się najpierw w Krakowie, gdzie studiował w Szkole Sztuk Pięknych, a później w Monachium, skąd przeniósł się na Politechnikę w Zurychu. Na Politechnice spotkał kilku rodaków: Holzera, Spysza, Pełczyńskiego i Sikorskiego. Zarabiał malując pejzaż lub tło na projektach budowli projektowanych przez studentów. Wkrótce jednak nie radząc sobie ze studiami z powodu braku przygotowania z matematyki i niedostatecznej znajomości języka niemieckiego wrócił do Monachium i rozpoczął studia na Akademii Sztuk Pięknych. Wiecznie głodny i schorowany zdecydował się przerwać studia i przyjąć posadę rysownika w Szwajcarii z wynagrodzeniem 7 fr. dziennie. „Zaczepienie się o tę posadę miało dla mnie niesłychane znaczenie i wywarło wpływ na cale moje życie. Te dwa lata, w ciągu których byłem zajęty przy budowie kolei Tosstahlbahn, to jeden z najpiękniejszych epizodów mojego życia” –wspomina. [2]

Dni wolne od pracy spędza na wycieczkach po górach nocując w szałasach pasterskich. Wkrótce pasterze stają się jego znajomymi, u których może przenocować „pod pierzyną napełnioną nie pierzem, ale suchymi liśćmi”, napić się mleka, najeść się sera. „W następną sobotę po takiej gościnie przynoszę im flaszeczkę „chrysiwasser” czyli „kirchwasser” (wódka z czereśni), którą piją chętnie, przegryzając „landjagrem”, to jest zasuszoną płaską kiełbasą.” Maluje akwarelą portrety pasterzy, pracowników kolei, pejzaże. „Rysuję piórkiem widoki sosen obsypanych śniegiem i zamarłych wodospadów i portrety moich pomocników mierniczych.” [3]Cieszy go sukces, który odniósł w Lucernie, kiedy to malując na ulicy pejzaż został otoczony przez turystki angielskie, zainteresowane kupnem obrazka. Zrobiły licytację między sobą i zapłaciły mu za pracę niebagatelną kwotę 100 franków.

Zadziwia go w Szwajcarii wiele rzeczy. Młodzież, która może się uczyć do 17 roku życia jak w gminie Hottingen, zamożnym przedmieściu Zurychu , wycieczki szkolne statkiem po jeziorze, czy wreszcie ćwiczenia gimnastyczne , jak np.” turnfest”. „Po raz pierwszy widzę ćwiczenia i zapasy młodzieży około 18 lat, przybranej tylko w rodzaj krótkich trykotów. Najbardziej podoba mi się tzw. „hosenlupfen”: dwaj zapaśnicy po przyjaznym podaniu sobie rąk i po obopólnym ustaleniu chwytów, na znak dany przez sędziego rozpoczynają walkę, w której chodzi o położenie przeciwnika na ziemi, według przyjętych reguł. Zwycięzcy otrzymują nieraz bardzo znaczne nagrody pieniężne lub wartościowe przedmioty.” [4]

Robi coraz dłuższe wycieczki górskie: „Gdy moi przyjaciele jadą na rozrywki niedzielne do Zurychu, ja idę w góry; w poniedziałek przynoszę ze sobą wzmożone poczucie zdrowia i w tece parę malowideł, podczas gdy moi przyjaciele przywożą zwykle „katzenjammer”. Aż postanawiają iść na przyszłość za moim przykładem i w niedzielę urządzamy wspólną wycieczkę do Maria-Einsiedeln.”

Wreszcie linia kolejowa zostaje wybudowana. Na uroczystość otwarcia kolei przybyli dygnitarze kantonalni i berneńscy.”Gdy pociągiem przybranym w zieleń i kwiaty, wjeżdżamy na stację, honorationes witają nas przemowami, a „ehrenjungfrauen” ofiarowują na pomyślność kielichy napełnione winem. Mnie znanego od dwóch lat miejscowym mieszkańcom, zapraszają tym gościnniej i serdeczniej – tak że w końcu niezliczone puchary wina zawieruszyły mi trochę w głowie. Muszę dodać, że Szwajcarzy lubią wino i przy lada okazji wypijają wiele „literli”.[5]

Za pieniądze zaoszczędzone z pracy na kolei Fałat może sfinalizować studia w Monachium. Na dodatek zakupiono jego rysunki jako ilustrację do przewodnika po wybudowanej linii kolejowej. Zaczynają przychodzić zamówienia na portrety,” Sunsthandlung” Appenzellera zakupuje kilka jego akwarel. Wszystko to przynosi mu pewną popularność. Zyskuje także sympatycznego ucznia z Bazylei, 25-letniego chemika, który pragnie brać u niego lekcje. „Proponuję mu malowanie z natury w jakimś odosobnionym malowniczym zakątku”. Wynajdują Jezioro Wallensee, nad którym spędzają kilka tygodni, rysując i malując oraz… zapijając się winem szwajcarskim.

Następny rok Fałat spędził w Monachium studiując, chorując i biedując. Jak to w życiu bywa, owe zaoszczędzone pieniądze nie okazały się znowu takie duże i na niedługo starczyły. Dopiero otrzymany Srebrny Medal Akademii Monachijskiej, Srebrny Medal z Paryża, a przede wszystkim zakup jego prac w Monachium, Paryżu, Warszawie, Liege diametralnie zmieniają sytuację materialną artysty. Może już zgodnie z uświęconą tradycją malarzy, zwłaszcza niemieckich ruszyć na południe, do Rzymu.

Spyta ktoś, a gdzie wspomnienia o Rapperswilu? Są, ale niezbyt pochlebne, nie tyle o Muzeum Polskim, co o hr. Platerze. W 1879 r. znów pogrążony w biedzie Fałat zwrócił się do hr. Platera z prośbą o wsparcie w zamian za namalowanie albumu rysunków z Rapperswilu . ” Lecz jakiż skutek tego? Otóż będąc pierwszy raz u niego wyprosiłem na buty i na drogę do Rapperswilu 25 fr, drugą razem chcąc już wyjechać do Monachium dał mi Plater 20 fr. Prawda, ja mu nie powiedziałem, że żądam tyle a tyle, gdyż sądziłem, że on znający moje położenie , będzie mógł sam ocenić ile będzie mi potrzebnym do zaczęcia roboty. Pieniędzy do powrotu nie miałem, a zatem zostałem w Zurychu i wszystko przepadło, co przez kontynuowanie studyj zyskać mogłem.” Rozgoryczony Fałat uważał się zobowiązany jedynie do zwrotu 45 franków. O żadnym malowaniu nie chciał słyszeć. Ale to znowu zezłościło hr. Platera, który dowiedziawszy się, że Fałat wyjeżdża do Monachium „z obawy więc zapewne , ażby 45 franca nie przepadły, życzyłby sobie, abym zrobił te dwa rysunki – widok zamku i ogródka. Otóż, ja wolę zwrócić 45 franców i uskutecznię to najdalej za 10 dni, bo w tym czasie ukończę dwa portrety, nad którymi obecnie pracuję i będę mieć znowu pieniądze”.[6] Nie wiadomo jak cała sprawa się skończyła. W każdym bądź razie akwarela Zamek w Rappeswilu powstała i obecnie znajduje się w Muzeum Narodowym w Warszawie. Inne akwarelowe pejzaże ze Szwajcarii, nieznane są nawet z tytułu. W zachowanych „szwajcarskich” widokach architektonicznych (Kościół Św. Piotra i Pawła w Zurychu, Budowa tunelu, Kolejka na zboczu góry) razi pewna sztywność, drobiazgowość ujęcia, na co wpływał rysunek techniczny, który wtedy uprawiał. Jedynie litografia według rysunku Fałata Portret mierniczego zaskakuje plastycznym oddaniem planów i górzystego krajobrazu w tle oraz delikatnym rysunkiem chłopca. Czy zostały jeszcze jakieś prace ze „szwajcarskiego” okresu?



[1] Julian Fałat, Pamiętniki. Katowice 1987, s. 66

[2] Tamże, s. 71

[3] Tamże, s. 73

[4] Tamże, s. 67

[5] Tamże, s.76

[6] Jerzy Malinowski, Julian Fałat. Warszawa 1985, s.66

 


 Eksponaty z Muzeum Polskiego w Rapperswilu w zbiorach Muzeum w Łowiczu

 

Zbiory Muzeum w Łowiczu liczą około17300 eksponatów, z czego ponad 1000 obiektów pochodzi z Muzeum Polskiego w Rapperswilu, m.in. medale, monety, grafika, malarstwo, archiwalia, eksponaty etnograficzne. Zostały one przekazane w 1953 r. za pośrednictwem Muzeum Narodowego w Warszawie, którego łowickie muzeum było wówczas oddziałem. Eksponaty te zakwalifikowano odpowiednio do działów: artystyczno - historycznego, etnograficznego i dokumentacji historycznej.

Najliczniejszą grupę stanowią numizmaty, których liczba sięga 700 egzemplarzy. Na podstawie tej kolekcji można prześledzić dzieje mennictwa polskiego od średniowiecza po czasy zaborów. Dwie najstarsze monety to: brakteat hebrajski z napisem BRACHA (Błogosławieństwo) wybity za panowania Mieszka III na przełomie XII/XIII w. oraz dolnośląski brakteat guziczkowy z wizerunkiem lwa, datowany na połowę XIII w. Pieniądz okresu renesansu reprezentują monety Zygmunta I Starego, Zygmunta II Augusta i Stefana Batorego. Najliczniej występują monety Zygmunta III Wazy. Pieniądz barokowy okresu złotowego reprezentują monety Jana Kazimierza, Jana III Sobieskiego oraz Augusta III Wettyna. Ostatnie rdzennie polskie monety porozbiorowe to monety Księstwa Warszawskiego oraz wybite przez powstańczy Rząd Narodowy w 1831 r. i Wolne Miasto Kraków w l. 1834-35. Monety te wycofane przez zaborców stanowią dziś cenną pamiątkę narodową.

Kolejną, liczną grupą eksponatów (ok. 200 sztuk) są medale, ilustrujące historię Polski od XVI do XX w. Do najcenniejszych należą królewskie medale ślubne i koronacyjne oraz medale autorstwa gdańskich mistrzów: Sebastiana Dadlera i Jana Hoehna seniora (Rozejm w Sztumskiej Wsi, 1635 r.), Jana Hoehna juniora (Pokój w Oliwie, 1660 r.). Przykładami najwyższej sztuki medalierskiej są również medale związane z osobą Augusta III: Koronacja Augusta III - dzieło Pawła Henryka Groskurta z 1734 r. oraz medal "Dla Dobrze Zasłużonych Względem Króla i Rzeczypospolitej" zwany też "Bene Merentibus" z 1757 r. autorstwa Chrystiana Zygmunta Wermutha.


Ogromną rolę w rozwoju polskiego medalierstwa odegrało otwarcie przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego w 1766 r. warszawskiej mennicy, w której powstały medale wykonane przez Jana Filipa Holzhaeussera i Jana Jakuba Reychla (m.in. z wizerunkami królów polskich). Wyróżniają się klasycystyczne medale Karola Emanuela Baerenda, pierwszego medaliera mennicy w latach 1810 - 1825. Patriotyczny charakter mają medale bite we Francji staraniem polskich emigrantów, upamiętniające wybitnych Polaków m.in. ks. Józefa Poniatowskiego, Tadeusza Kościuszkę lub rocznice tak ważnych wydarzeń jak Konstytucja 3 Maja, powstania narodowe, I wojna światowa. Mało znana jest działalność Juliusza Kossaka jako projektanta medali - według jego rysunku został wykonany medal Prześladowanie Unitów - Kroże (1893 r.). Interesujące są także prace Wincentego Trojanowskiego - jednego z najwybitniejszych polskich medalierów przełomu XIX/XX w. Liczny zespół stanowią medale i plakiety wykonane w okresie międzywojennym w Mennicy Państwowej w Warszawie. Mają one charakter patriotyczny, popularyzują piękno kraju, zabytki architektury, upamiętniają zasłużonych dla ojczyzny Polaków. Prace te wyszły w większości spod ręki J. Aumillera, kierownika działu medalierskiego w l. 1925 – 1939, a także Stefana Rufina Koźbielewskiego, Jana Wysockiego, Jana Raszki, Mieczysława Lubelskiego, Tadeusza Breyera.

Kolekcja malarstwa i grafiki Muzeum w Łowiczu została wzbogacona o blisko 100 obiektów pochodzących z Muzeum Polskiego w Rapperswilu, przy czym są to w większości prace znanych autorów. Najcenniejszy jest szkic olejny "Krajobraz z jeziorkiem w lesie" namalowany ok. 1900 r. przez Józefa Chełmońskiego, wybitnego malarza realistę, urodzonego w Boczkach pod Łowiczem. Należy też wymienić rysunek Leona Wyczółkowskiego, jednego z czołowych przedstawicieli malarstwa okresu Młodej Polski ("Rybak", XIX/XX w.) oraz akwarelę "Pejzaż górski" z l. 20. - 30. XX w. autorstwa Rafała Malczewskiego, wielkiego popularyzatora polskich Tatr. Obecne są również akwarele Janiny Konarskiej ( Seideman) z lat 30. XX w., znanej m.in. z prac o tematyce zwierzęcej.
Na uwagę zasługuje zespół grafik datowanych od XVII do XX w. o charakterze historycznym i patriotycznym, m.in. portrety królów polskich (Władysław IV, Francja, XIX w., staloryt; Jan Kazimierz, W. Kilian, Augsburg, 1692 r., miedzioryt; Stanisław Leszczyński, Francja, 1 poł. XVIII w., miedzioryt; Stanisław August Poniatowski, Francja, XVIII w., miedzioryt wg rysunku E. Vigee-Lebrun). Często pojawia się w nich temat powstania listopadowego i portrety bohaterskich powstańców, m.in. gen. Jana Skrzyneckiego (Niemcy, XIX w., staloryt), gen. Józefa Chłopickiego (XIX w., miedzioryt), Antoniny Tomaszewskiej -podporucznika jazdy żmudzkiej (Niemcy, 1846 r., miedzioryt). Piękne są sceny alegoryczne odnoszące się do sytuacji Polaków w XIX w.: Le rubis Pologne (XIX w., litografia wg rysunku Edmunda Parrisa), Praga 1831 / Polski wojownik (XIX w., litografia), Grenadier legionów polskich (Francja, 2 poł. XIX w., zakład litograficzny Lemerciera), Uchodźcy z Polski (Francja, 1831 r., litografia).

Osobnym zagadnieniem są grafiki z widokami miast, w tym XIX-wieczne staloryty przedstawiające Bazyleę, Berno, Lwów, Genewę, Lozannę czy wydane w 1911 r. barwne litografie z widokami Krakowa, autorstwa artystów okresu Młodej Polski - Stanisława Czajkowskiego i Stefana Filipkiewicza. Ciekawostką są dwie grafiki autorstwa Feliksa Jabłczyńskiego, twórcy techniki graficznej – ceratorytu. Prace z 1916 r. o tytułach „Główna rzecz: Powaga” i „Mistycjusz” są jak większość prac tego artysty przesiąknięte mistycyzmem.
Również z początku XX wieku pochodzą dwie grafiki portretowe autorstwa Gustawa Gwozdeckiego.


Liczne są przykłady grafiki artystycznej czołowych przedstawicieli międzywojennej grafiki polskiej, którzy na nowo spopularyzowali technikę drzeworytniczą. Należy tu wymienić prace Władysława Skoczylasa „Góral” i „Macierzyństwo”, Stanisława Ostoi-Chrostowskiego „Ucieczka do Egiptu”, Edmunda Bartłomiejczyka „Burza” oraz drzeworyty uczniów Skoczylasa: Tadeusza Kulisiewicza i Wiktora Podoskiego. Do zbiorów trafiły prace Stefana Mrożewskiego, grafika – drzeworytnika, ilustratora dzieł literackich m.in. " Don Kichota" Cervantesa (z tego cyklu posiadamy dwie grafiki z l. 1930-1932) oraz Kroniki Joinville`a (kilka scen ilustrujących średniowieczną kronikę francuską, wykonanych w 1938 r.).

Odmienną technikę graficzną - akwafortę - prezentują prace „Most Aleksandra III” i symboliczne „Dziecko w jaskini – Enigme”, które wykonał Konstanty Brandel w latach 30. XX w.

W zbiorach znajduje się jedna z bardziej znanych grafik Aleksandra Raka „Przy studni” z 1937 r. oraz z tego samego roku scena rodzajowa - rysunek piórkiem i tuszem lawowanym. Ich autor do 1939 r. prowadził Pracownię Grafiki w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, a wybuch wojny zniszczył znaczną część jego dorobku artystycznego.
Tę część kolekcji zamykają litografie i rysunki Władysława Strzemińskiego, teoretyka sztuki, pioniera konstruktywistycznej
awangardy lat 20. i 30. XX w.

Unikatowy charakter ma ogromnych rozmiarów (330 x 122 cm) ołtarz polowy Wincentego Flaka z 1935 r., rzeźbiarza - samouka z Zielonki Nowej. Ołtarz miał być darem dla Prezydium Rady Ministrów Rzeczpospolitej Polskiej. Wśród skomplikowanych wici roślinnych, akcentów militarnych i patriotycznych, tuż nad godłem Polski artysta umieścił wizerunek Marszałka Piłsudskiego.

Muzeum rapperswilskie odegrało ważną rolę w życiu polskich żołnierzy z 2. Dywizji Strzelców Pieszych internowanych w Szwajcarii podczas II wojny światowej. W zbiorach zachowały się pamiątki po internowanych, w tym przejawy ich artystycznej działalności: rzeźby nieznanych autorów (Mężczyzna z kilofem, terakota; Żołnierz pijący z menażki, drewno), fragment ołtarza polowego z figurą Chrystusa Ukrzyżowanego, z wyrytym napisem: WYKONAŁ KPR. POLACHOWSKI PAWEŁ – POM. RANIK JÓZEF KPR oraz trzy grafiki Tadeusza Fussa, przedstawiające Bibliotekę Jagiellońską, Pałac Łazienkowski w Warszawie i Kościół góralski w Rabce (1942 r., kalka, litografia). W „Gońcu Obozowym” Nr 17 z 1941 r. znajduje się informacja, że Paweł Polachowski i Tadeusz Fuss zostali wyróżnieni na wystawie prac internowanych Polaków, zorganizowanej w Sumiswaldzie przez Muzeum Polskie w Rapperswilu.

Obok wspomnianego „Gońca Obozowego” - pisma wydawanego w Baden dla żołnierzy polskich internowanych w Szwajcarii, w dziale dokumentacji historycznej znajduje się ponadto „Polska Walcząca. Żołnierz Polski na Obczyźnie” – tygodnik wydawany w Londynie w l. 1939 – 1945 dla żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych. Zachowały się również zeszyty z zapisami inwentarzowymi Muzeum Polskiego w Rapperswilu. Z innych archiwaliów rapperswilskich wymienić należy kilkadziesiąt fotografii reklamowych prezentujących miasta polskie (Kraków, Poznań, Gdynia, Zakopane), w tym niektóre z sygnaturami zakładów fotograficznych R.S. Ulatowskiego z Poznania i S. Kolowca z Krakowa oraz klisze szklane wykonane przez firmę S. Szalaya z Warszawy, przedstawiające zabytki architektury i sztuki polskiej.

Rapperswilską proweniencję ma kilkadziesiąt eksponatów etnograficznych. Wyróżnia się wśród nich ceramika z pocz. XX w., m.in. wielobarwnie malowana z warsztatu Neclów na Kaszubach i warsztatu Konopczyńskich z Bolimowa oraz siwaki z Białostocczyzny. Liczny jest także zbiór czarno-białych drzeworytów ludowych z wizerunkami świętych, pochodzących z tzw. Teki Łazarskiego, a wykonanych w 1 poł. XX wieku z oryginalnych XVIII - XIX-wiecznych klocków.

Doskonałym przykładem na to, że Muzeum Polskie w Rapperswilu zbierało wszelkie symbole polskości jest model statku pasażerskiego Batory, polskiego transatlantyka zbudowanego w 1936 r.

Eksponaty przekazane 58 lat temu przez Muzeum Polskie w Rapperswilu należą dziś do najcenniejszych w zbiorach łowickiego muzeum. Ich różnorodność i wszechstronność dowodzi nie tylko chęci zachowania polskiego dorobku kulturalnego, ale też wielkiej tęsknoty twórców muzeum za krajem ojczystym.

 

Anna Kośmider

DOLNOŚLĄSKI BRAKTEAT GUZICZKOWY

 

 

GRAFIKA ANTONINA TOMASZEWSKA

 

 

 

 

 

JÓZEF CHEŁMOŃSKI

 

LEON WYCZÓŁKOWSKI

 

LITOGRAFIA UCHODŹCY Z POLSKI

 

MEDAL ROZEJM W SZTUMSKIEJ WSI

 

OŁTARZ POLOWY INTERNOWANYCH

 

OŁTARZ W.FLAKA


Spuścizny archiwalne w zasobie archiwum Muzeum Polskiego w Rapperswilu

 

Izabela Gass

 

 

Archiwum Muzeum Polskiego w Rapperswilu posiada 42 spuścizny archiwalne Ze względu na ich twórców spuścizny te można podzielić na kilka grup.

 

Pierwszą, najliczniejszą grupę stanowią spuścizny żołnierzy 2 Dywizji Strzelców Pieszych, internowanych w 1940 r. na terenie Szwajcarii. Żołnierze ci pod dowództwem gen. Bronisława Prugara-Ketlinga walczyli w czerwcu 1940 r. we Francji w rejonie Maiche i St. Hipolite, osłaniając wycofujący się francuski 45 Korpus Piechoty. Po klęsce Francji zostali internowani w Szwajcarii, osadzeni w obozach i skierowani do prac fizycznych. Z czasem mogli się uczyć i studiować na trzech renomowanych uczelniach szwajcarskich. Po zakończeniu wojny część żołnierzy powróciła do kraju, część pozostała na emigracji w USA, Kanadzie, Wielkiej Brytanii czy Australii. Oczywiście najwięcej z nich pragnęło osiąść w Szwajcarii, co jednak było bardzo trudne z powodu szwajcarskich przepisów administracyjnych.

W archiwum Muzeum Polskiego znajdują się głównie archiwalia tych żołnierzy, którym po wojnie udało się pozostać w Szwajcarii. Rozmiarowo spuścizny są niewielkie i liczą po kilka, kilkanaście jednostek archiwalnych.

Cechą charakterystyczną tych spuścizn jest – co zrozumiałe – prawie całkowity brak dokumentów do 1939 r. Z tego okresu zachowały się pojedyncze fotografie, legitymacje, czasem akt ślubny czy świadectwo szkolne, listy od żon czy narzeczonych. Wszystko to, co żołnierze zabrali ze sobą we wrześniu 1939 r. Niewiele też jest materiałów z okresu internowania w Szwajcarii. Są to głównie książeczki wojskowe, fotografie, listy od rodzin z kraju. Z powodu cenzury z listów tych niewiele można się dowiedzieć o rzeczywistości w okupowanej Polsce, ale za to wiele o przedsiębiorczości internowanych Polaków, którzy aby wesprzeć finansowo rodziny w kraju, wysyłali im na sprzedaż zegarski szwajcarskie. Te zegarki były często powodem pretensji i swarów rodzinnych, o czym można przeczytać w listach: „Wuju - pisał bratanek do internowanego Dziadowicza – ja też jestem twój krześniak, a jeszcze zegarka nie dostałem. A Walek dostał już dwa.”[1]

Najwięcej materiałów archiwalnych pochodzi z lat 70-ch i 80-ch, z ostatnich lat życia internowanych. Składają się na nie legitymacje, paszporty, dokumentacja medyczna, listy, wycinki prasowe. Należy tutaj zaznaczyć zupełny brak pamiętników czy dzienników. Jest to o tyle dziwne, że z reguły ludzie na starość lubią pisać wspomnienia i różnego rodzaju autobiografie.

Na podstawie tych spuścizn bardzo trudno byłoby prześledzić koleje życia ich twórców, czy stworzyć zbiorowy obraz dziejów powojennych żołnierzy 2 Dywizji Strzelców Pieszych .

Typowym tego przykładem jest spuścizna Kazimierza Bartkowiaka żyjącego w latach 1904 – 1996, człowieka zasłużonego dla sprawy polskiej, dla Muzeum Polskiego w Rapperswilu.[2] Był człowiekiem samotnym i po śmierci cała jego spuścizna trafiła do archiwum Muzeum Polskiego. I co się okazało. Nie zachowały się żadne materiały mówiące o jego pracy społecznej czy zawodowej. Mamy jedynie pojedyncze dokumenty osobiste, typu legitymacje, paszporty (w których po licznych stemplach można stwierdzić, że ich właściciel dużo podróżował), ksiązeczki szczepień jego psa Żabki, fotografie, 2 listy, jakieś wycinki prasowe, oprawione zdjęcie maturalne z 1925 r., kilka fotografii z okresu starości. Cała spuścizna liczy zaledwie 8 jednostek archiwalnych. Na jej podstawie nic nie można powiedzieć o twórcy spuścizny.

Nie lepiej przedstawia się spuścizna inż. Architekta Zdzisława Pręgowskiego (1912 – 1998), który przez 20 lat był prezesem Towarzystwa Muzeum Polskiego w Rapperswilu i inicjatorem wielu akcji społecznych i narodowych (jak np. upowszechnienia faktu zamordowania przez Niemców profesorów lwowskich), człowieka niezwykle utalentowanego, wykształconego i zamożnego, co nie było takie łatwe dla polskiego emigranta.[3] Na jego niewielką spuściznę (14 jednostek archiwalnych) składają się głównie rachunki, pokwitowania, notatniki adresowe, karty wizytowe, korespondencja, wycinki prasowe. Z jego licznych wynalazków i projektów architektonicznych do archiwum trafiły jedynie fotografie zaprojektowanej przez niego kapliczki Najświętszej Marii Panny Ostrobramskiej w Locarno. Zachował się także dyplom nadania mu tytułu dr honoris causa Politechniki Wrocławskiej. W archiwum Politechniki Wrocławskiej znajdują się materiały z tej uroczystości, jak i z wieloletniej współpracy Zdzisława Pręgowskiego z tą uczelnią.

Dlaczego tak się dzieje? Wstyd powiedzieć, ale rodziny nie przywiązują wagi do „papierów”, pozostawionych przez zmarłych i po prostu wyrzucają je na śmietnik. Dobrze jest jeśli materiały te trafią na strych, gdzie czekają na „odkrycie”. Tylko dzięki wysiłkom pracowników Muzeum, którzy wciąż apelują o nie niszczenie dokumentów i przekazywanie ich do archiwum, Rapperswil posiada spuścizny. Aż strach pomyśleć, ile dokumentów zostało bezpowrotnie zniszczonych.

Chlubnym wyjątkiem tutaj jest spuścizna Zbigniewa Pląskowskiego (1921 - 2009). Stało się tak dlatego, że sam twórca jeszcze za życia (zmarł w styczniu 2009 r.) zadbał o swoje materiały i przekazał je do archiwum.[4] Zbigniew Pląskowski był pracownikiem naukowym Politechniki w Zurychu, a od 1968 r. jej profesorem. Dokonał wiele udoskonaleń i odkryć w dziedzinie inżynierii lotniczej i aerodynamiki. Wśród kręgu Polonii szwajcarskiej był znany jako współorganizator i sponsor licznych charytatywnych imprez, był członkiem wielu towarzystw polonijnych, w tym Towarzystwa Przyjaciół Muzeum Polskiego w Rapperswilu.

Spuścizna Zbigniewa Pląskowskiego liczy 41 jednostek archiwalnych i obrazuje wszystkie dziedziny jego życiowej działalności: naukową, publicystyczną , społeczną. Pozostały utrwalone na diapozytywach jego prelekcje o internowaniu żołnierzy polskich w Szwajcarii w l. 1940 -1945, które wytrwale prezentował na różnego rodzaju spotkaniach i zjazdach byłych internowanych. Do archiwum przekazał także materiały związane z okresem jego studiów w Szwajcarii, listy gratulacyjne z okazji nadania mu odznaczeń i medali oraz korespondencję.

Cechą charakterystyczną tych żołnierskich spuścizn są kalendarzyki żołnierskie z lat 1941 – 1945 oraz modlitewniki żołnierzy polskich wydawane w Rzymie. Musiały być dla nich ważną pamiątką, skoro zachowali je przez tyle lat.

Kolejną grupę stanowią spuścizny literatów, dziennikarzy, tłumaczy literatury polskiej. Najważniejsze z nich to spuścizny Józefa Mackiewicz a (1902 – 1985) i Barbary Toporskiej (1913 - 1985), które trafiły do Rapperswilu za zgodą obojga pisarzy w 1985 r.[5]

Zgodnie z wolą Mackiewicza dostęp do jego spuścizny był przez 20 lat zastrzeżony. Spuścizna została opracowana dopiero w 2005 r.

Wielką zaletą tej spuścizny są rękopisy książek i artykułów Mackiewicza. . Jak wiadomo w maju 1943 r. po odkryciu przez Niemców w Katyniu grobów oficerów polskich zamordowanych przez Sowietów, na zaproszenie niemieckie i za zgodą władz polskich Mackiewicz udał się do Katynia jako obserwator ekshumacji zwłok. Po powrocie w „Gońcu Codziennym” ukazał się z nim – jako naocznym świadkiem - wywiad. Wielu zwolenników linii politycznej Mackiewicza liczyło, że w jego spuściźnie znajdą się nieznane dokumenty czy fotografie dotyczące Katynia. Nic takiego jednak nie było. W teczce z napisem „Katyń” zachowały się jedynie wycinki prasowe na ten temat.

W spuściźnie Barbary Toporskiej, towarzyszki życia Józefa Mackiewicza zachowały się rękopisy jej artykułów, powieści ”Siostry”, wierszy, malowane przez nią obrazy i rysunki. Wzruszający jest jej pamiętnik, z ostatnich lat życia – zapis miłości i czułości do męża. Załamana i zrezygnowana po jego śmierci, zmarła w kilka miesięcy po nim.

W oparciu o te spuścizny w 2006 r. w Muzeum Polskim w Rapperswilu odbyła się konferencja „Życie i twórczość Józefa Mackiewicza i Barbary Toporskiej”, pierwsza z cyklu „Duchowe źródła nowej Europy.” Kolejna konferencja z tego cyklu miała miejsce w 2007 r. i poświęcona była dwóm wybitnym postaciom kultury polskiej, których wojenne losy rzuciły na obczyznę: Krystynie Marek i Jerzemu Stempowskiemu. [6]

Spuścizna Krystyny Marek (1914 – 1993) trafiła do zbiorów Muzeum Polskiego w Rapperswilu w 1993 r. [7] Krystyna Marek była profesorem prawa międzynarodowego na Uniwersytecie w Genewie. W latach 50-ch pracowała w Radiu Wolna Europa, współpracowała z paryską „Kulturą”. Prowadziła stałą korespondencję z Jerzym Stempowskim (1894 – 1969), polskim eseistą i krytykiem literackim. Wybór tych listów ukazał się w Londynie po śmierci J. Stempowskiego pod tytułem „Listy z ziemi berneńskiej”.

Spuścizna Krystyny Marek stanowi źródło do poznania jej życia, twórczości i działalności. Największą grupę akt tworzy korespondencja. Zachował się także jej dziennik z lat 1939 – 1943, w którym opisuje trudy i problemy życia na emigracji. Jest to wstrząsający dokument epoki, pełen bólu i tęsknoty za ojczyzną, rodziną, bliskimi. [8]

Dużą ciekawostką w tej spuściźnie jest karta wejścia na nabożeństwo żałobne Jana Matejki w 1893 r. Do karty przylepiony został listek oliwny z wieńca żałobnego. Tę wzruszającą pamiątkę Krystyna Marek zabrała ze sobą na tułaczkę.[9]

 

Materiały po artystach stanowią niewielką grupę. Są to muzycy ( 3 spuścizny), malarka i aktor. Po muzykach: Bolesławie Zaczkowskim (1917 – 2003), Czesławie Marku (1891 – 1985) , Zbysławie Woźniaku (1904 – 1991) zachowały się jedynie programy koncertów, wycinki prasowe, fotografie. Za to bogato prezentowana - na fotografiach i pocztówkach - jest twórczość malarska Ireny Zadarnowskiej (1916 – 1986). [10] Jej wystawa malarska, która miała miejsce w Muzeum Polskim w Rapperswilu w 1981 r. posiada pełną dokumentację: fotografie obrazów, ich cenniki, zaproszenia na wernisaż, rachunki, tekst mowy powitalnej, korespondencja w tej sprawie.[11]

Aż z Londynu trafiła do archiwum spuścizna po zapomnianym już aktorze przedwojennego Lwowa i Warszawy, Karolu Dorwskim (1906 – 1980), który po wojnie pracował jako spiker i aktor w Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa.[12] Spuścizna jest niewielka, liczy zaledwie 20 jednostek archiwalnych zawierających wycinki prasowe, albumy fotograficzne, osobiste dokumenty trochę korespondencji. Ot, typowa spuścizna emigranta. Wszystkie te materiały znajdowały się w pudle, do którego od 1981 r. nikt nie zaglądał. Wśród pożółkłych listów znajdował się jeden, szczególnie wzruszający. Jego nadawcą był Marian Hemar, który tak pisał do Dorwskiego: ”22 września 1967 .Drogi Panie Karolu. Niewielu jest ludzi, z którymi bym się tą garstką ziemi podzielił. (jest to ziemia z Cmentarza Obrońców Lwowa). Pozdrawiam Pana Serdecznie(-) Marian Hemar”. [13]

Przeszukane zostało dokładnie całe pudło, w którym oprócz dokumentów, fotografii, gazet znajdowały się krawaty aktora, spinki do mankietów, ale woreczka z ziemią nie było. Dopiero później w wycinkach prasowych opisujących ceremonię pogrzebową Karola Dorwskiego, dowiedziałam się, że ziemię tę wysypano na jego trumnę i odczytano powyższy list Hemara. Jakież było moje zdziwienie, kiedy w wydanej w 2007 r. książce Karoliny Grodziskiej „Miasto jak brylant...Księga cytatów o Lwowie” przeczytałam wiersz Hemara poświęcony temu zdarzeniu.[14]


„.Panowie i panie” -

Powiedziałem - „przepraszam was jeszcze na chwilkę.

Tę kopertę z plastyku, z tą kartką papieru,

Przed tygodniem dostałem w paczce z Manchesteru,

Przeczytam wam, tę kartkę, jak jest napisana:

„Szanowny Panie Hemar! Przesyłam dla pana

Tę kopertę, w imieniu siostry mojej, Mieci,

Z Wrocławia. W tej kopercie jest ziemia z cmentarza

Orląt na Łyczakowie, z mogił Lwowskich Dzieci,

Ona ją miała ze sobą w Rosji. Z Kazachstanu

Przywiozła ja nietkniętą. A teraz ją panu

Przysyła – niech pan robi z nią co pan uważa.

Nie podaję nazwiska jej, mojego też nie,

Bo nigdy nie wiadomo, całkiem niezależnie

Mogłoby się to wydać i niech Pan Bóg broni,

Pozostaję z szacunkiem, Lwowianin, Antoni”.

Przeczytałem tę kartkę – spojrzałem po sali.

A wtem widzę, ze wszyscy naraz – w krzesłach - wstali.

Wstali – i milczą – wstali – i patrzą – i stoją

Przed tą garsteczką ziemi. Przed tą ziemią swoją.

Przed odrobinką żwirku – i piasku – i krzemu -

Co przyszła ku lwowskiemu narodowi swemu.

Zszedłem ze stopni - ale – ledwiem widział stopnie -

Bo mi szkła okularów mgłą zaszły okropnie.

 

Marian Hemar, „Ziemia lwowska”, 1966

 

Archiwum przechowuje także spuścizny swoich pracowników, darczyńców i osób związanych z Muzeum. Tutaj można wymienić spuściznę dr Juliana Godlewskiego (1903 - 1983) największego mecenasa Rapperswilu oraz bibliotekarzy rapperswilskich, ojca i córkę, Stanisława Zielińskiego (1880 – 1936) i Haliny Zielińską (1911 – 1998).

Julian Godlewski ugruntował materialne podstawy Muzeum, na którego cele przekazał w 1972 r. 100 tys. franków szwajcarskich. Darem Godlewskiego jest także galeria obrazów malarstwa polskiego takich mistrzów, jak Malczewski, Chełmoński, Wyczółkowski, Brandt, czy XVIII-wieczne meble i dywany perskie. Przez całe emigracyjne życie Julian Godlewski tropił wytrwale zabytki sztuki polskiej rozsiane po świecie, które dzięki swoim znacznym zasobom finansowym mógł kupować. Robił to nie dla zaspokojenia własnej pasji kolekcjonerskiej, tylko dla dobra ogółu, gdyż dzieła wykupione z obcych rąk trafiały do Rapperswilu lub do muzeów w kraju np. na Wawel. W jego spuściźnie niewiele zachowało się materiałów obrazujących tę rozległą działalność społeczną. Spuścizna dr Juliana Godlewskiego liczy 7 jednostek archiwalnych, zawierających korespondencję, nieliczne dokumenty osobiste, jak paszporty, prawo jazdy, karty członkowskie różnych stowarzyszeń. Jego bogatą działalność charytatywną odzwierciedla jedynie Medal Honorowy przyznany mu w 1980 r. za zasługi dla Polskiego Ruchu Olimpijskiego oraz telegram Jerzego Kukuczki, polskiego himalaisty, który w 1980 r. zdobył jeden z ośmiotysięczników w Himalajach: ”Panie hrabio, było ciężko, ale udało się. Dziękujemy za pomoc.” - co oznaczałoby, że Godlewski wsparł finansowo i tę wyprawę.[15] Zachował się także list gratulacyjny Jana Pawła II dla himalaistów. Wraz z dokumentacją aktową do archiwum trafiły różne przedmioty stanowiące własność Godlewskiego: łyżka, nóż, krzyż, dzbanki i - o dziwo - bony towarowe PKO z lat 1969 – 1979.

Rodzina Zielińskich związała się z Biblioteką Rappesrwilską jeszcze przed I wojną światową. Stanisław Zieliński (1880 – 1936) działacz niepodległościowy, historyk, bibliotekarz, aktywny cz łonek Ligi Morskiej i Kolonialnej w latach 1910 – 1918 pracował jako bibliotekarz w Muzeum. [16] W czasie I wojny światowej prowadził na terenie Szwajcarii akcję polityczno-propagandową z ramienia Naczelnego Komitetu Narodowego oraz werbunek ochotników do legionów, za co został aresztowany. Uniewinniony, powrócił o odrodzonej Polski, gdzie odegrał dużą rolę w plebiscycie na terenie Warmii i Mazur.

W spuściźnie Stanisława Zielińskiego znajdują się pojedyncze dokumenty z jego działalności politycznej i twórczości literackiej. Ciekawe są reprodukcje fotografii rodzinnych z II połowy XIX w.

Kilka lat temu ukazała się drukiem praca doktorska Bożeny Bartczak poświęcona Stanisławowi Zielińskiemu. [17] W korespondencji do Haliny Zielińskiej, córki Stanisława zachował się list Bożeny Bartczak z prośbą o umożliwienie przeprowadzenia kwerendy w materiałach ojca.

 

Halina Zielińska, córka Stanisława stała się legendą Muzeum. Urodziła się dosłownie w cieniu zamku rapperswillskiego, bo w domu przy rynku. W zbiorach archiwum zachowała się fotografia w sepii z 1911 r. przedstawiająca całą rodzinę Zielińskich na tle zamku. Piastunka trzyma na ręku niemowlę. To Halina Zielińska (1911 - 1998).[18]

Halina Zielińska została bibliotekarzem w Rapperswilu już w 1938 r. Odeszła, kiedy po zakończeniu II wojny światowej Muzeum stało się placówką propagandy PRL. Powróciła na swoje stanowisko w 1975 r. do odrodzonego Muzeum. Mimo tyluletniej pracy jej spuścizna jest niewielka (39 jednostki archiwalne). Pozostały po niej głównie wycinki prasowe artykułów o Muzeum Polskim w Rapperswilu oraz broszura jej autorstwa „Magna Res Libertas”. Polska Kolumna Wolności w Rapperswilu”.

W archiwum znajdują się także dwie spuścizny rodowe: Potulickich i Sapiehów. Na Archiwum Rodziny Potulickich (1847 - 1984) składają się dokumenty opisujące życie Michała hr Potulickiego oraz członków jego rodziny.[19] Sporą część materiałów stanowią wypisy z herbarzy i notatki genealogiczne. Spuścizna ta stanowi cenne źródło dokumentujące życie dyplomaty, działacza polskiego na emigracji, ale również życie polskiej rodziny arystokratycznej żyjącej w rozproszeniu na obczyźnie.

Archiwum Rodziny Sapiehów (1828 – 1995) dotyczy głównie Aleksandra ks. Sapiehy (1880 - 1980), bratanka kardynała Adama Sapiehy.[20] W spuściźnie tej znalazły się także dokumenty dotyczące jego rodziny oraz osób z nim skoligaconych: Potockich, Lubomirskich, Sanguszków. Po II wojnie światowej Aleksander ks. Sapieha nie wrócił już do kraju i zamieszkał w Nicei. Wojna przyniosła mu wielką osobistą tragedię. W 1940 r. na terenie Francji w walkach z Niemcami zginęli jego dwaj synowie: Leon i Karol. Zachowały się telegramy informujące o ich śmierci, nekrologi, zaproszenia na msze i pielgrzymki w ich intencji. Na podstawie dokumentów można prześledzić wysiłki księcia w poszukiwaniu ciał synów jeszcze w wiele lat po wojnie. Widać z jakim pietyzmem przechowywał te materiały wraz z fotografiami synów. Wiemy o nich niewiele. Z zachowanych kilku listów pisanych do ojca po polsku i angielsku i fotografii wyłania się obraz młodych, przystojnych chłopców, dopiero wchodzących w życie.

Ale najciekawszymi materiałami w tej spuściźnie są albumy fotograficzne, przedstawiające życie arystokracji europejskiej na przełomie XIX i XX w. Przede wszystkich są to zdjęcia z podróży do modnych wówczas „badów” i kurortów, do Karlsbadu i Mentony, Abacji, Ostendy, Meranu, znanych z powieści i wspomnień tamtych lat. Oczywiście, jak przystało na bratanka kardynała Adama Sapiehy, w spuściźnie znajdują się liczne fotografie portretowe kardynała.

Zachowała się także fotografia i nekrolog Jadwigi ks. Sapieżyny z Sanguszków (1830 – 1918), babki Aleksandra, żony ks. Adama Stanisława Sapiehy, o którym pamiętnikarz Chłędowski pisał złośliwie, że był „to mąż dwóch żon, które były do tego siostrami”. [21] Cała Galicja plotkowała o gorszącym romansie ks. Adama z młodszą siostrą swojej żony Heleną (1836 – 1891).[22]

W spuściznach znajduje się nie tylko dokumentacja aktowa, kartograficzna, fotograficzna, fonograficzna, ale też prasa i książki, oraz najróżniejsze curiosa, typu krawaty, wazoniki, spinki, puzderka etc.

Spuścizny zostały opracowane według Wytycznych Polskiej Akademii Nauk dotyczących opracowania spuścizn z 1990 r. Zinwentaryzowano je za pomocą programu World. Jedynie 3 z nich są zinwentaryzowane w komputerowej bazie danych IZA (Inwentarze Zespołów Archiwalnych).

 

[1] Spuścizna Wincentego Dziadowicza, I-14, sygn. 3, k. 5

[2] Spuścizna Kazimierza Bartkowiaka, I-39

[3] Spuścizna Zdzisława Pręgowskiego, I - 26

[4] Spuścizna Zbigniewa Pląskowskiego, I - 13

[5] Spuścizna Józefa Mackiewicza, I – 1, Spuścizna Barbary Toporskiej, I – 2.

[6] Konferencja nosiła tytuł: ”Emigracja. Klimat czasu – klimat ludzi. Jerzy Stempowski – Krystyna Marek”

[7] Spuścizna Krystyny Marek, I - 6

[8] Spuścizna Krystyny Marek, I – 6, sygn.: 19

[9] Spuścizna Krystyny Marek, I – 6, sygn.: 59

[10] Spuścizna Ireny Zadarnowskiej, I - 17

[11] Spuścizna Ireny Zadarnowskiej, I – 17, sygn.: 3

[12] Spuścizna Karola Dorwskiego, I - 3

[13] Spuścizna Karola Dorwskiego, I – 3, sygn. 13, k.3

[14] Karolina Grodziska, Miasto jak brylatnt...Księga cytatów o Lwowie.Wydawnictwo Universitas, Kraków 2007, s. 516

[15] Spuścizna Juliana Godlewskiego. I – 27, sygn.: 4, k.3

[16] Spuścizna Stanisława Zielińskiego, I - 18

[17] Beata Bartczak, Stanisław Zieliński: bibliotekarz, bibliograf, publicysta. Wydawnictwo Adam Marszałek, 2001

[18] Spuścizna Haliny Zielińskiej, I - 19

[19] Archiwum rodziny Potulickich, I - 40

[20] Archiwum rodziny Sapiehów, I - 42

[21] Bogna Wernichowska, Tak kochali Galicjanie. Wydawnictwo Arcana, Kraków 2005, s. 47

[22] Z tego związku narodził się Jan Piotr, którego ks. Jadwiga musiała uznać za własnego syna. Kiedy Helena umarła Jan Piotr odziedziczył po niej majątek. Wtedy też dowiedział się, ze była jego matką. Tak to nim wstrząsnęło, że wyjechał z kraju i utrzymywał tylko etykietalne stosunki z ojcem i przyrodnim rodzeństwem

 


 Anna Mieszkowska

 

„Eugeniusz Bodo (1899-1943) - obywatel Szwajcarii, który zginął w rosyjskim łagrze”

 

Bodo nazywał się naprawdę Bohdan Eugene Junod, był synem Szwajcara i Polki. Urodził się 28 (lub 29) grudnia 1899 w Genewie. Od niedawna znana jest dokładna data i miejsce jego śmierci. Zmarł z wycieńczenia, 7 października 1943, w obozie Kotłas, w obwodzie archangielskim. Może był jedynym obywatelem Szwajcarii, który posądzony o szpiegostwo na rzecz hitlerowskiej Trzeciej Rzeszy zginął w jednym z rosyjskich łagrów. Aresztowany w ostatnich dniach czerwca 1941 roku we Lwowie, został przewieziony do więzienia w Moskwie. Dlaczego? Wyrokiem śmierci okazał się dla niego szwajcarski paszport, którym nigdy się specjalnie nie chwalił w polskim, artystycznym środowisku. Ale po dwóch latach wojny, po wyczerpujących objazdach na terenie ZSRR, zdecydował się na wykorzystanie tego dokumentu, aby podjąć starania o wizę wyjazdową do Stanów Zjednoczonych.

Eugeniusz Bodo rozstał się z liczną grupą Henryka Warsa po sukcesach w Odessie. Koledzy pojechali w dalsze tournee, on zaś wrócił do Lwowa. Dość dobrze znana jest aktorska i piosenkarska kariera tego wybitnie uzdolnionego artysty, który do szczytu kariery doszedł dzięki talentowi i ogromnej pracy nad głosem, ruchem scenicznym. Nie skończył żadnej szkoły teatralnej, żadnego konserwatorium czy kursu tańca. Jego samorodny talent został zauważony i doszlifowany na kolejnych etapach pracy w teatrzykach, rewiach, w filmie. Wyśpiewał kilkadziesiąt szlagierów, wystąpił w wielu produkcjach filmowych. Kilka pokoleń zna jego największy chyba piosenkarski sukces – Umówiłem się z nią na dziewiątą. Mimo ogromnej popularności nie doczekał się do tej pory biografii. Powodem jest brak szczątkowego nawet archiwum prywatnego. O ile zawodowe sukcesy można odtworzyć na podstawie rozproszonej, ale jednak istniejącej dokumentacji, to brak jakiegokolwiek śladu spuścizny, osobistych pamiątek uniemożliwia podjęcie przez badaczy próby opisania ciekawego życia artysty. Jego matka, Anna Dorota z Dylewskich Junod, zmarła w styczniu 1944 w Warszawie. Nie wiadomo, kto i kiedy likwidował mieszkanie, w którym do wybuchu wojny żyli oboje, matka i syn. Czy wszystko zginęło w wyniku działań powstańczych? Czy coś ocalało? Nie wiadomo.

Chcę wspomnieć o zupełnie nieznanym epizodzie z ostatniego etapu życia Eugeniusza Bodo. Wiosną 1941 roku wziął on udział w brawurowej akcji wywiezienia z warszawskiego getta żony i dwojga dzieci Henryka Warsa. Pojechał w tym celu do Warszawy. Pewnie wówczas ostatni raz widział się z matką… Sukces tej spektakularnej wyprawy kosztował ogromne pieniądze. Potrzebną sumą dysponował właśnie Bodo, który będąc w Warszawie zlikwidował interes kawiarniany przy Nowym Świecie. Można się domyślać, że w organizację wyprawy były zamieszane osoby współpracujące z wywiadami kilku krajów. Dzieci Henryka Warsa żyją w USA. Były zbyt małe, aby znać warunki i okoliczności ucieczki z Warszawy. Są jednak najlepszym świadectwem skuteczności działań przyjaciela ich ojca, któremu tak naprawdę zawdzięczają życie.

Eugeniuszowi Bodo z chwilą aresztowania przez NKWD, nikt nie był w stanie pomóc. Starania polskiego ambasadora spotkały się z kategoryczną odmową. Dla Rosjan, Bodo był Szwajcarem. Ale Szwajcarzy nigdy nie podjęli próby jego uwolnienia. Po prostu nie wiedzieli o tym, że ich obywatel wpadł w tak poważne tarapaty. I nie wiedzą o tym do dzisiaj!


 Ewa Furmańska

Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk

„Pasje zbierackie na przykładzie Archiwum Rodziny Potulickich”

 

 

Od chwili reaktywowania działalności Muzeum Polskiego w Rapperswilu w 1975 r. przekazywane są do niego liczne spuścizny po żyjących i zmarłych na obczyźnie Polakach, archiwa rodzinne oraz przedmioty z kolekcji prywatnych. Do cenniejszych darów pozyskanych od spadkobierców Michała hr. Potulickiego można zaliczyć bogatą bibliotekę oraz archiwum rodzinne. Zespół dokumentów i pamiątek nazwany „Archiwum rodziny Potulickich”, początkowo noszący nazwę „Spuścizna Michała hr. Potulickiego”, został w znacznej części opracowany, zinwentaryzowany i oznaczony nr 37. W latach 2007-2008 prace nad jego rozpoznaniem i uporządkowaniem prowadzili archiwiści z Lublina (Roman Kusyk i Michał Mroczek) oraz z Poznania (Michał Zdunek). Jak każdy podobny zespół, składa się on z dokumentów, materiałów rodowych oraz pamiątek związanych z życiem i pracą niektórych członków tej wielkopolskiej rodziny szlacheckiej, która w 1788 r. uzyskała prawo do posługiwania się tytułem hrabiowskim. Przeważająca część dokumentacji dotyczy dwóch przedstawicieli starszej linii rodu Potulickich, Karola (1861-1931), prawnika, ziemianina, publicysty, a także emigracyjnego działacza społecznego i politycznego oraz jego syna, Michała (1897-1984). Michał Karol Józef Dominik hr. Potulicki również otrzymał wykształcenie prawnicze, został dyplomatą, był polskim działaczem emigracyjnym, pracował w licznych organizacjach międzynarodowych na Zachodzie. Materiały zgromadzone w omawianym zespole są typowe dla dokumentacji archiwalnej, obrazują różne aspekty jego życia, lecz w małym stopniu przedstawiają go jako kolekcjonera. Rzadki to przypadek, aby w spuściźnie znajdowały się rozmaite przedmioty zbierane przez niemal całe życie jednego człowieka. Z profesjonalnej kolekcji trafiła do zbiorów rapperswilskich nie tylko wspomniana wcześniej biblioteka, ale również przekazano ryciny.

 

Podobnie jak dokumentację aktową zinwentaryzowano większość grafik. Niemniej wiele cennych obiektów odnaleźć można w nie opracowanej jeszcze części daru Potulickich. Są to m.in. 3 zwinięte w rulon mapy. Pierwsza z nich, to ręcznie kolorowana mapa Francji, sporządzona dla księcia Burgundii i hr. Bresse przez oficynę kartograficzną Gerharda Valka i Petera Schenka w Amsterdamie w 3 ćw. XVII w. Przed 1680 r. powstała mapa przedstawiająca Prefekturę Langwedocji wraz z dobrami burbońskimi, wykonana
w Amsterdamie przez Gerharda i Leonarda Valków. Skromniejsza, lecz ciekawa, jest czarno-biała mapa masywu Mont Blanc i otaczających dolin, wydrukowana w 1825 r. przez J. i L. Du Bois w Genewie.

 

Zespół grafiki obejmuje ok. 120 pozycji całkowicie nieuporządkowanych, w większości umieszczonych w skórzanej obwolucie. Przeważają ryciny angielskie (51 szt.) i francuskie (ok. 40 pozycji). Oprócz tego zbiór zawiera sztychy niemieckie (5), z pracowni na terenie Niderlandów (3), szwajcarskie (4), amerykańskie (2), oraz innej, czasem nieokreślonej proweniencji. Wśród zgromadzonych prac występują przeróżne techniki graficzne: miedzioryty, akwatinty, drzeworyty, litografie czarno-białe oraz barwne. Najstarszy sztych pochodzi z 1647 r. Jest to portret Lady Gilford wg Hobeina wykonany przez urodzonego w Pradze, a działającego w Londynie sztycharza Wenzla Hollara (1607-1677). W 3 i 4 ćw. XVII w. powstały miedzioryty czynnych w Niderlandach artystów: Francuza z pochodzenia, Henri Testelina (1616-1695) i Cornelisa van Dalena mł. (1638-1664).

 

Sztukę francuską XVIII w. reprezentują: działający w Amsterdamie Bernard Picard (1673-1733), Jean Le Pautre (1717-1782), Ferdinand Joubert, urodzony w Paryżu, a pracujący w Londynie (czynny od 1750 r.) oraz Gille Anton Demarteau (1750-1806). Jego ręcznie kolorowany, odbity na czerpanym papierze drzeworyt pt. „Le Matine” /„Poranek”/, oznaczony numerem 546, przygotowany na podstawie obrazu J. B. Hûete’a z gabinetu Mr Néra, spopularyzowany został przez wydrukowanie go w pracowni Jacoba Schembergera w Salzburgu. Jest to jedyna grafika, na której został naniesiony ołówkiem napis świadczący o zakupie jej przez [...] Potulickiego (?) Z ok. 1780 r. pochodzi ilustracja „Le paysan perverti” /„Chłop zdeprawowany”/ nieznanego autora. Modny na przełomie XVIII i XIX w. obrazek z serii „Les Complémant des Etudes” /Seria etiud/ wydrukowany techniką barwnej litografii stworzył sztycharz Séraphin Delpech wg rysunku Henry Mouniera.

Bardzo ciekawy jest zbiór 36 przedstawień portretowych, alegorycznych i karykatur powstałych w 2 poł. XVIII w. i na pocz.. XIX w., Są one poświęcone znanemu przedstawicielowi oświecenia, pisarzowi i filozofowi Voltaire [Wolterowi] (François Marie Arouet). Prace stanowiące osobny poszyt zakupione zostały u Ferney’a w Paryżu. Również francuski autor wykonał litograficzne przedstawienia ludowych strojów szwajcarskich. Wydała je po 1820 r. paryska firma Rouargue.

 

Przykładem naśladownictwa wzorów francuskich jest drzeworyt „Le Malheureuse Famille Calas” /„Nieszczęsna rodzina Calas”/ wg rysunku Louisa Carrogisa de Carmontelle’a (1717-1806) i sztychu Petera Gleicha (zm. 1782), rozpowszechniony przez drukarnię J. I. Maida i synów w Augsburgu. Kompozycja była wzorowana na rycinie Jeana-Baptiste’a Delafosse’a z 1765 r. Temat dramatu rodziny Calas wykorzystał w 1767 r. Daniel Nikolaus Chodowiecki, polski artysta pracujący w tym czasie w Berlinie. Pozostałe prace niemieckich rytowników to portrety prezydentów Stanów Zjednoczonych i sławnych polityków europejskich. Np. portret George’a Washingtona sztychował lub drukował bliżej nieustalony Mayer.

 

Rzadkim przykładem grafiki amerykańskiej jest ozdobny kartusz ze lwem i psem wykonany w Nowym Yorku przez G. Helda. W zespole rycin autorów szwajcarskich dominują widoki. Jest tu kolorowa litografia Heinricha Fischera przedstawiająca wieś Felsenek nad jeziorem Interlaken, litograficzne wyobrażenia rynku w Szwyz oraz widoki Zugu i Freiburga wg rysunku Martina [być może Alfreda Louisa Martina (1839-1903) wykładającego od 1885 r. w Genewie], powstałe u S.W. Albrechta w Lemburgu. Szwajcarskim artystą był jeden z twórców portretów Voltaire’a, genewski rysownik Jean Michel Liothard (1701-1796).

 

Przykłady angielskiej grafiki stanowią drukowane na cienkim papierze niewielkich rozmiarów romantyczne widoki popularyzujące ruiny średniowiecznych budowli oraz sławne i modne obiekty użyteczności publicznej. Nie brak scen z popularnych współczesnych powieści, przedstawień bohaterów literackich. Moda na tego rodzaju prace narodziła się w 3 ćw. XVIII w. i trwała przez ponad sto lat, do czasu, gdy grafikę ilustracyjną zastąpiła fotografia. Wczesnymi, reprezentowanymi w zbiorze autorami tego rodzaju ilustracji są: Thomas Benjamin (1755-1795), Samuel Middiman (1746-1818), Fredrich Nash (1732-1806), John Ogborne (1725-1795) czy Thornbull (czynny ok. 1770). Zabytki przeszłości prezentują np. ryciny: Zamek w Rochester w Hrabstwie Kent Williama Deeble’a (1814-1855) lub Resztki Pałacu Wolvesey Samuela Laceya z lat 20. XIX w. Tego samego sztycharza jest przedstawienie Katedry św. Pawła w Londynie. Wśród współczesnych budowli występują np.: Pawilon w Brighton nieznanego twórcy i Brocket Hall w Hertfordshire z oficyny Harrisona z roku 1786. Bohatera literackiego ukazuje m. in. ilustracja do „Toma Jonesa”, a zwykłą ryciną książkową jest barwna litografia „Dance” /„Taniec/.

 

Jako jedną z ciekawszych młodszych grafik można wymienić „scenę żołnierską” holenderskiego monogramisty ES [wł. Nicolasa Adriaana Pietra von Helenusa (1847-1921)].

 

W omawianym zbiorze uwagę zwracają nieliczne polonica. Wymienić można: Nagrobek [Aleksandra Benedykta ?] Sobieskiego Augustina François Lemaitre’a (1780-1870), Portret króla Stanisława Augusta Poniatowskiego wykonany przez Johna Chapmana (1792-1823) oraz prace dwóch Polaków: tworzącego na terenie Prus i Wielkopolski Andrzeja Jana Dudraka (1835-1873) i Alfreda Womerskiego (grafika z 1929 r.), którego dotychczas nie wymienia się w źródłach.

 

Najmłodsza grafika powstała w 1950 r.

 

Do inwentarzy nie włączono jeszcze rysunków i akwarel. Są to prace powstałe jeszcze w końcu XVIII wieku, np. przedstawienie miłośników włoskich starożytności. Większość z nich pochodzi z ostatnich dwóch stuleci. Wykonali je autorzy europejscy, ale odnajdujemy też dzieło rysownika japońskiego. Przeważają szkice i studia malarskie, widoki miast i zabytków przeszłości, pejzaże. Odnajdujemy akwarelę z 1957 r. zatytułowaną „Les sapeurs-pomiers”, dedykowaną kolekcjonerowi przez Józefa Czapskiego (1896-1993) oraz rysunek tuszem wyobrażający pejzaż z jeziorem, sporządzony przez młodego Potulickiego
w 1914 r.

 

Szczególnym zainteresowaniem Michała Potulickiego cieszyły się druki ulotne. Wiele zaproszeń o oficjalnym charakterze odnajdujemy w archiwum rodzinnym. Nie zawsze są to materiały bezpośrednio z nim związane. Pochodzą z różnych czasów. Zachowały się programy teatralne np. teatrzyku literacko-artystycznego Qui Pro Quo, zaproszenia na koncerty, uroczyste obchody rocznic, spotkania. Najstarsze pochodzą z okresu, gdy M. Potulicki rozpoczął pracę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Jest to przepustka na uroczystość powitalną rumuńskiej pary królewskiej na Dworcu Głównym w Warszawie w dniu 24 czerwca 1923 r. Pamiątki z lat pobytu w Genewie stanowią zaproszenia na uroczysty obiad w dniu 14 września 1927 r. w Hotelu des Bergues zorganizowany przez Międzynarodową Fundację dla Pokoju Carnegie, na mszę pontyfikalną w Notre Dame w dniu 9 października 1928 r. z okazji IX sesji Ligi Narodów, albo bilecik od Raczyńskich z zaproszeniem na podwieczorek do polskiej ambasady. Zachowało się wiele zaproszeń z lat 1935-39, kiedy to Michał Potulicki piastował stanowisko dyrektora departamentu prawnego Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP. Z okresu po II wojnie światowej pozostało mniej tego typu druków. Można tu wspomnieć o zaproszeniu do Synagogi w Genewie z 1967 r. z okazji uczczenia pamięci Charlesa H. Jordana, vice-prezydenta i naczelnego Dyrektora Amerykańskiego Komitetu Biura Pracy.

 

Specjalne miejsce w nierozpoznanej części zbioru wydają się zajmować karty menu, te pochodzące z restauracji i kawiarni, jak i te, które były przygotowywane z okazji uroczystych obiadów i kolacji. Zachowały się 3 karty, będące serwetkami kawiarnianymi z jednego z czterech lokali paryskich pod nazwą Cafe de Paris z sierpnia 1932 r. Na odwrocie zdobione są satyrycznymi rysunkami autorstwa Redona. Nadzwyczajnym sentymentem musiał darzyć M. Potulicki pamiątkę rodzinną, jaką jest niewielkich rozmiarów wybór dań przygotowanych przez Antoniego Rose w Poznaniu z okazji wesela jego rodziców w dniu 23 kwietnia 1895 r. Złożony na pół cienki kartonik zawiera wypisane złotą farbą menu. Po stronie zewnętrznej, złote lamówki, na froncie ozdobnie wykaligrafowany monogram „KE”, złożony z pierwszych liter imion ojca Karola i matki, Eweliny
z Chłapowskich.

 

Fragmentem luźnego zbioru, najściślej związanym z życiem i pracą hrabiego Michała, pozostaje z pewnością zawarta w trzech poszytach kolekcja filatelistyczno-filumenistyczna. W skromnych kartonowych obwolutach znajdują się naklejone na czarny papier koperty z okolicznościowymi nadrukami i ostemplowanymi znaczkami, przygotowane przez 52 kraje, z okazji ogłoszonego przez Organizację Narodów Zjednoczonych Światowego Roku Uchodźcy. Potulicki był organizatorem tego roku w charakterze Dyrektora powstałego w tym celu Międzynarodowego Komitetu w latach 1959-1961. Zebranych zostało 120 kopert i 30 osobno występujących znaczków pocztowych. Wśród nich znajdują się 32 koperty wydane przez różne miasta Szwajcarii, które brały udział w akcji Schweizer Auslandhilfhe. Jest także 89 znaczków i naklejek organizacji międzynarodowych takich jak: Individuel Människohjälp im inoneuropeisk Mission, WPY Seal (Morokulien) ze Szwecji i Norwegii oraz CAFCO, umiejscowionej w Pałacu Narodów w Genewie.

 

Pozostałością po podróżach własnych Michała Potulickiego i jego krewnych jest zbiór kart pocztowych. To dowód na kultywowanie przez długie lata bardzo popularnego hobby. Być może kolekcja gromadzona była od najmłodszych lat M. Potulickiego. Prawie nie zdarzają się tu pocztówki zawierające korespondencję. Pojedynczych kart jest 678, są też 4 tzw. składanki. Przeważająca większość wykonana została techniką fotograficzno-drukarską, 29 technikami graficznymi i 1 sporządzono ręcznie w latach 20-tych XX w. Karty przedstawiają widoki miast, zbiorniki wodne, budowle publiczne, zabytki, obiekty uzdrowiskowe, przeważnie w Europie i USA, ale są też karty pochodzące z Brazylii, Algierii, Kanady i Izraela. Najstarsze wydane zostały przed 1915 r. Przykładem niech będą: restauracja u Wielkiego Gorge w Le Salève, grupa francuskich jeńców wojennych w Chamby koło Montreux, orkiestra dworska na Franzplatz w Wiedniu z 1906 r. sfotografowana przez K. Ledermanna, czy wnętrze wytwórni gobelinów typu du Berry. Zdarzają się pocztówki o bardziej artystycznym wyrazie, np. przedstawiające lampy górnicze sfotografowane przez Christinę Fedele Hermance wydane przez drukarnię Fred. Bovey et Cie. w Genewie), wodospady i jeziora Islandii albo obrazki typowe dla zbieraczy czułych na wdzięki płci żeńskiej, tj. ukazujące najpiękniejsze kobiety świata okresu międzywojennego.

 

Chyba najmniej cenioną przez zbierających część spuścizny po obu Potulickich, a zarazem będącą wyrazem ich pasji zbierackich jest kolekcja numizmatyczna. Dowodem na to, że nie cieszyła się zbytnim uznaniem, jest pozostawienie jej w stanie zupełnie nie opracowanym. Monety nie zostały sklasyfikowane i ułożone w klaserach lub kasetkach, od wielu lat nie były czyszczone, co nieraz uniemożliwia odczytanie napisów i rozpoznanie dekoracji na awersach i rewersach. Najstarsze pieniądze, średniowieczne, wykonane z brązu i zachowane we fragmentach, są trudne do rozpoznania (dla nie specjalisty) z uwagi na znaczne zatarcie rysunku. Z ciekawszych eksponatów wymienić można angielską monetę z 1658 r.? i szwedzką z 1679 r., kreutzara z 1681 r., talar z 1687 r. tzw. Stiefelknecht

thealer i z 1767 r. zw. Einerseichen thealer oraz grosz Fryderyka Wielkiego Pruskiego z 1797 r. Pieniądze dziewiętnastowieczne to: 2 kopiejki z 1818 r., 5 cent[imów] króla Sardynii i Cypru z 1826 r., liczne monety francuskie, austriackie, belgijskie, włoskie, angielskie, używane w Chinach i w krajach muzułmańskich po poł. XIX w., np. piaster z Tughra w Sudanie z 1885 r. Monetami z okresu międzywojennego są: 1 łat z Republiki Łotewskiej z 1924 r. oraz 1 lew wybity w tym samym roku w Carstwie Bułgarii. Przeważają dwudziestowieczne waluty prawie wszystkich państw europejskich i USA. Nie brak monet używanych w niektórych krajach Azji i północnej Afryki.

 

Niewątpliwie ozdobą opisanej mini-kolekcji jest wykonany z cienkiej złotej blachy medal lub tzw. donatywa (o wartości od jednego do 2 denarów) z 1658 r. Na awersie wyobrażono króla Jana Kazimierza w koronie, w ujęciu ¾. Popiersie władcy otacza łaciński napis. Na rewersie występuje herb Gdańska i sygnatura gdańskiego mincerza D. L. [Daniela Lesse (1656-1685)]. Przedmiot ten nie upamiętnia żadnego wydarzenia krajowego ani osobistego. Być może został wykonany na pamiątkę wojen polsko-szwedzkich z 1658 r.

 


 

Reprodukcja tłumaczenia aktu wydobycia urny z sercem T. Kościuszki z kaplicy w Zamku w Rapperswilu 2 paździenika 1927 roku ze zbiorów Archiwum Zamku Królewskiego w Warszawie (sygn. DI 239).